czwartek, 28 września 2017

Uchodźcy


Po omówieniu sytuacji franka w związku z embargiem nałożonym przez Francję na towary brytyjskie i amerykańskie pani prezydent Marine Le Pen, która przewodniczyła posiedzeniu rządu, poprosiła o przejście do ostatniego punktu porządku obrad, jakim była kwestia polskich uchodźców.
– Lewactwo wyje, żeby pomagać. Czytaliście wstępniak w Libération? I te zdjęcia. Okropne. C’est horrible!
Marine Le Pen poprawiła blond włosy, jej niebieskie oczy posmutniały. Czysta aryjka.
– Lewactwo wyło… – zaczęła z mocną chrypą pani minister spraw zagranicznych France Jamet i odchrząknęła. – Lewactwo wyło i wyć będzie – dokończyła klarowniej. – Naszym nadrzędnym narodowym obowiązkiem jest obrona granic – dodała podnosząc głos, po czym zamilkła z bolesnym grymasem na twarzy i napiła się najlepszej na świecie francuskiej wody mineralnej naturalnie gazowanej Perrier.
– Mniejsza o lewacki Libération. – Marine Le Pen dyskretnie zdmuchnęła łupież z prawego barku. Niepotrzebnie włożyła granatowy żakiet. Powinna zmienić szampon i odżywkę. – Nawet w Le Figaro był duży artykuł o Polsce z konkluzją, żeby humanitarnie nie zostawiać biedaków w potrzebie. I że katolicy. Piszą, że Francja jako najstarsza córa Kościoła ma dobry uczynek do spełnienia. Papież nalega.
– Papież! Papież! – wychrypiała France Jamet. – Jak nie Polak, to Niemiec. W najlepszym razie Włoch. Zainstalujemy Francuza w Avignon.
– W papieskie słowa wsłuchiwać się należy – do dyskusji włączył się minister kultury Bruno Gollnisch. – Jednak nie dosłownie. Masowy i niekontrolowany napływ prymitywnych polskich katolików byłby zagrożeniem dla naszego cywilizowanego modelu katolicyzmu. Oni są plus catholique que le pape. A kto jest plus catholique que le pape, ten nie jest wcale catholique, tylko jest fanatique, a nawet hérétique.
Bruno Gollnisch popatrzył na Marine Le Pen, żeby sprawdzić, jakie wrażenie zrobił na niej jego bon mot. Podobała mu się. Chętnie by ją odbił temu zarozumiałemu Louisowi. Marine uśmiechnęła się do Bruna, a ten ciągnął.
– My nie pozwolimy Francji cofnąć do średniowiecza! Musimy chronić naszą wybitną tożsamość kulturową. Nie po to włożyliśmy tyle wysiłku w pozbycie się jednych obcych, żeby teraz ściągać sobie na głowę następnych. Przecież nie chcemy, żeby po estetycznych francuskich ulicach, przy których stoją domy o wyrafinowanej architekturze, przechodziły procesje zawodzących po polsku dzikusów, których nie da się ucywilizować. Oni nawet nie mówią po francusku! – wypowiedziawszy ostatnie zdanie skonsternowanym dyszkantem, Bruno Gollnisch powiódł po członkach rządu pełnym wyższości wobec prymitywów i najwyższej dla nich dezaprobaty wzrokiem.
– Jak to nie mówią po francusku? – minister spraw zagranicznych France Jamet znowu musiała odchrząknąć i wziąć łyk Perriera. Wczorajsze soirée przeciągnęło się aż do matinée. – Do szkoły nie chodzili?
– No, najwidoczniej nie! Ładnych parę lat temu wstecz odwiedziłem Polskę. Varsovie!, mówią. La Pologne!, mówią. Oh là là! No to jadę. Jakieś sympozjum czy coś w tym guście. Na tamtejszym uniwersytecie. L'Université de Varsovie. Czy dacie wiarę, że tamtejsi profesorowie, powtarzam: profesorowie, les professeurs!, żadni tam kloszardzi, apasze, gawrosze czy subretki, gorzej wysławiają się w języku Pascala, Monteskiusza, Kartezjusza, Woltera – lista ciągnie się bez końca – niż ciemnoskórzy robotnicy z Côte d’Ivoire? Marokańscy pasterze lepiej znają francuski niż polscy intelektualiści. Algierczycy biją ich na głowę! O czym my tu w ogóle mówimy?
– Mówimy o zagrożeniu epidemiologicznym – powiedział minister zdrowia Philippe Loiseau. – Polscy uchodźcy borykają się z widocznymi gołym okiem problemami higienicznymi. Niedostatki w tej dziedzinie wyczuwalne są jeszcze silniej za pośrednictwem zmysłu powonienia.
– Chcesz powiedzieć, że nie pachną perfumami Designer Shaik z flakonika zanurzonego w różowym złocie? – zapytała France Jamet, mrużąc oczy, kiedy wypuszczała nosem nadmiar bąbelków z wody mineralnej Perrier.
– Ani Chanel No.5, ani Yves Saint Laurent. À propos, czy ktoś z was słyszał o polskich perfumach? – minister zdrowia Philippe Loiseau chciał w elegancki sposób rozbawić towarzystwo i udało mu się to w zupełności. Śmiech nagrodził jego esprit. – Panujące tam przez stulecia brud, smród i ubóstwo uodporniły tych ludzi na różne zarazki, pasożyty i drobnoustroje, które bytują na ich organizmach od urodzenia. Jako minister zdrowia Republiki Francuskiej nie pozwolę na to, żeby polscy uchodźcy przywlekli do Francji jakąś zarazę. – Philippe Loiseau skontrował poprzednią lżejszego tonu uwagę poważniejszą nutą, na której od dawna wygrywała swoją melodię niechętna polskim uchodźcom francuska prasa bulwarowa mimo pozornej troski o ich los, a przecież, jak to mówią: c’est le ton qui fait la chanson.
– Ale coś trzeba zrobić – wyraził opinię minister sprawiedliwości Gilles Lebreton. – To jest, chciałem powiedzieć, dobrze by było coś zrobić. Wykonać ludzki gest. Tam trwa wojna. Codziennie giną setki ludzi, rozlega się strzelanina, wybuchają bomby, okropnie głośne, eksplodujące bomby. – Gilles Lebreton, koneser haute couture, wyjął atłasową poszetkę z kieszonki i otarł delikatnie kącik oka. W butonierce grafitowej marynarki od Lanvina miał śnieżnobiałą gardenię. – Nie trzeba zaraz uchodźców przyjmować. Nikt rozsądny takiego heroizmu od Francji nie oczekuje. – Po usunięciu żółtej drobiny zaschniętego śluzu z kącika oka Gilles Lebreton włożył atłasową poszetkę z powrotem do kieszonki i poprawił gardenię w butonierce. – Ale gdyby pomóc nieborakom na bezpieczną odległość, tam na miejscu.
– Très bien. Ale jak? Zaangażowanie militarne? Naloty? – pani prezydent Marine Le Pen spojrzała pytająco na ministra obrony.
– To nie wchodzi w grę. Wprawdzie nasze Mirage i Caracale dobrze by się tam sprawdziły, ale wystarczy, że wmieszały się Niemcy i Rosja. Nie będziemy wkładać palca między młot a kowadło – odpowiedział Dominique Martin.
– Ale jest powiedziane, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.
– Trzeci korzysta właśnie dlatego, że się nie bije.
– A gdyby sprzedać Rosji za symbolicznego franka helikopterowiec klasy Mistral i wysłać im na pomoc jeden regiment La Légion étrangère?
– O co ci chodzi, Marine? Je ne comprends pas. – Minister obrony nie cierpiał, kiedy pani prezydent wchodziła mu w paradę.
– O to mi chodzi, mon cher, że Rosja nam się odwdzięczy. Dostaniemy lukratywne kontrakty na wydobycie ropy i gazu na Syberii. – Marine Le Pen pasjami lubiła uchodzić za przywódcę znającego się na armii i biznesie.
– Wdzięczność Rosji? C'est ridicule. C'est vraiment ridicule! Dzielenie skóry na białym niedźwiedziu.
– Jakby ktoś mnie pytał, to myślę tak samo jak Dominique – ministra obrony poparł minister rolnictwa i żywności Florian Philippot.
– Les beaux esprits se rencontrent – Dominique Martin skłonił głowę, dziękując mu szarmancko, co wywołało lekko tylko skrywaną wesołość zebranych, ponieważ Florian za intelektualistę i człowieka dobrych manier, mówiąc oględnie, nie uchodził.
– Co nas to, za przeproszeniem, gówno obchodzi, co się w Polsce dzieje? No tak czy nie? – Florian Phillipot był z siebie bardzo zadowolony. – Il faut cultiver notre jardin!
– Proszę, niech ktoś mi to wszystko raz a dobrze wytłumaczy – wtrąciła się minister ekologii Mireille d’Ornano. – Ja nic z tego nie rozumiem, nie jestem au courant. Pamiętam tylko, że tam kiedyś była piękna puszcza, której teraz nie ma.
– Tam już nic nie ma. Ani puszczy, ani domów. Zwyczajna rzecz podczas wojny domowej. – Minister spraw wewnętrznych Jean-Luc Schaffhauser wyglądał, jakby dopiero co się przebudził, ale to było złudzenie, bo zawsze zachowywał czujność. Zdjął okulary i przetarł wyblakłe oczy. Z racji zamieszkiwania dawno temu na Wschodzie był najlepiej w tamtejszej sytuacji rozeznany.
– Kto tam z kim walczy i o co? – dopytywała się minister ekologii Mireille d’Ornano.
– Tam głównie walczą zbuntowani liberalni centryści z prorządową ultraprawicą. Są jeszcze fanatyczni narodowi katolicy, którzy walą i w tych, i w tych, obrywając za to podwójnie. Natomiast w terenie silna jest partyzantka ludowa, która bije wszystkich, co we wsi łeb pokażą. O co walczą? – Jean-Luc Schaffhauser rozłożył ręce. – O to samo co wszędzie na Wschodzie. Syria, Irak, Afganistan, Jemen. Polska, Ukraina, Czeczenia, Turcja. Wschód to Wschód, a Zachód to Zachód. I nigdy się nie spotkają.
– A Niemcy i Rosja?
– Rosja bombarduje liberalnych centrystów, Niemcy robią naloty na ultraprawicowe bojówki. Ale to różnie bywa. Jednym i drugim zdarzają się pomyłki – minister spraw wewnętrznych wykonał palcami gest brania ostatniego słowa w cudzysłów. – À la guerre comme à la guerre.
– Krótko mówiąc: syf, kiła i mogiła! – Florian Philippot, siedzący vis-à-vis ministra kultury, wypowiedział na głos to, co wszyscy z wyjątkiem Mireille d’Ornano myśleli po cichu, chociaż nie użyliby takiego sformułowania. W końcu noblesse oblige. Minister rolnictwa i żywności, mimo że wcześniej przez trzy lata zasiadał w senacie, do żadnej noblesse nie rościł sobie pretensji, toteż żadna nonlesse jego nie oblige i nigdy nie bawił się w Versailles.
– Dlatego najbezpieczniej trzymać się od tego piekła z daleka – podsumował minister obrony Dominique Martin. – Szkoda naszych ludzi i sprzętu.
– A zwykli mieszańcy, cywile, ludzie neutralni i niezaangażowani? Kobiety z dziećmi, ludzie  w podeszłym wieku, ucząca się młodzież? – Mireille d’Ornano skrzyły się oczy.
– Uciekają albo cierpią.
– Quel malheur! A dokąd uciekają?
– Przede wszystkim do Niemiec, bo tylko Niemcy przyjmują. W każdym razie do niedawna przyjmowali, bo już powoli mają dość.
– Otworzyli granicę i teraz mają za swoje. – Marine Le Pen wypowiedziała te słowa z mściwą satysfakcją. – Ta Merkel niczego się nie nauczy. Im starsza, tym głupsza.
– Ale jakby tylko kilka rodzin? – molestowała członków rządu minister ekologii. – Wdowy z dziećmi. Sieroty.
– Nie. Ani wdowy, ani sieroty. – Kiedy trzeba, Marine Le Pen potrafiła być twarda jak głaz, a kiedy trzeba, miękka jak baranek. Najlepiej wiedział o tym nieobecny na posiedzeniu rządu Louis Aliot, minister gospodarki, prywatnie partner życiowy Marine. Powód absencji Louisa był niewyjaśniony, ale cherchez la famme. Marine podejrzewała, że znalazł sobie metresę i spędza z nią teraz słodkie tête-à-tête w swojej garsonierze. – Żadnych precedensów. Tak długo straszymy Francuzów brudnymi prymitywnymi Polakami, tak długo ich obrzydzamy, że nie możemy teraz tego zepsuć. Sprowadzimy parę polskich rodzin do francuskiego miasteczka i miejscowi zobaczą, że to normalni ludzie, tacy jak oni. Może się nawet z tymi Polakami zaprzyjaźnią. Nie możemy ryzykować. Poza tym jak przyjmiemy pięć rodzin, Niemcy będą pytać, czemu nie dziesięć albo sto. A czemu nie tysiąc! Jeszcze czego.
– Czesi się odważyli i przyjęli z dobroci serca trzydzieści osób. Jako gest solidarności z Niemcami – odezwała się minister spraw zagranicznych France Jamet. Prawie całkiem przeszła jej chrypa.
– I co? – Mireille d’Ornano patrzyła na nią z nadzieją.
– Po miesiącu dwadzieścia dwie osoby z tych trzydziestu uciekły do Niemiec. Dlatego Czesi już nie przyjmują. Oni wiedzą, że polscy uchodźcy i tak będą się pchać dalej, do Niemiec i do Austrii. A po drodze wypiją Czechom całe piwo i zjedzą wszystkie knedle.
– Quel embarras!
– Jest jeszcze Słowacja – dopowiedział Jean-Luc Schaffhauser, minister spraw wewnętrznych i znawca Wschodu. – Na Słowację sporo polskich uchodźców przeprawiło się górami.
– Więc teraz Słowacja ma problem, bo nie może się ich pozbyć – wyjaśniła France Jamet. – Węgry uszczelniły granicę ze Słowacją. Zbudowali płot z drutu ostrzowego, polscy uchodźcy nie przejdą. A Węgrzy się nie cackają. Widzieliście w internecie, jak węgierska dziennikarka, która przyjechała na granicę robić reportaż o zagrożeniu ze strony polskich uchodźców, podłożyła nogę uciekającemu Polakowi z dzieckiem na rękach, który przedarł się przez zasieki?
– Ja nie widziałam – powiedziała minister ekologii. – C’est terrible!
– C’est la vie.
– Podobno węgierska telewizja zwolniła tę dziennikarkę dyscyplinarnie. – Minister kultury Bruno Gollnisch słyszał o tym incydencie.
– Oficjalnie. – Minister spraw zagranicznych podzieliła się z obecnymi wiedzą pochodzącą z kręgów dyplomatycznych. – Potem po kryjomu dali jej awans i premię. Przez Węgry droga zamknięta, dlatego polscy uchodźcy, którzy się przekradli na Słowację, próbują przedostać się do Austrii.
– Czy Austria ich przyjmie? – Mireille d’Ornano nie traciła nadziei. Była bardzo młoda.
– A skąd! Austria Polaków nie wpuści, od kiedy prezydentem został przedstawiciel tamtejszej narodowej prawicy. To nie to samo co w latach osiemdziesiątych, kiedy général Yarouselsky ogłosił w Polsce la loi mortiale. Wtedy lewaccy przywódcy europejscy przyjmowali polskich uchodźców tysiącami. Dawali im mieszkania, zasiłki, pracę. Nawet u nas we Francji.
– We Francji? Chez nous? C'est incroyable! – Trudno orzec, czy w głosie młodej minister ekologii było więcej radości czy zdziwienia.
– A tak. We Francji. Chez nous. Wtedy prezydentem był François Mitterrand. Socjalista.
– Ah oui, bien sûr. Ale jakby tylko jedną rodzinę? Parafia niech ugości. Ja znajdę chętnego proboszcza  u siebie w Angoulême.
– Nie i koniec! – ucięła Marine Le Pen. – J’y suis et j’y reste. Słyszałaś. Nie będziemy rujnować doskonałego francuskiego modelu katolicyzmu. Nie będziemy tracić francuskiej wyższości, to jest, tożsamości kulturowej. A zwłaszcza nie będziemy sprowadzać tutaj żadnej francy. Dopóki ja jestem prezydentem Francji, żaden polski uchodźca na ziemi francuskiej stopy nie postawi. Tylko pomoc tam, u nich na miejscu. Ale nie wojskowa, szkoda naszych Mirage, Caracali i dzielnych legionistów. Jakieś koce, czy ja wiem, śpiwory. Proszę o propozycje. Słucham.
– Ja bym wysłał konwój humanitarny z serami Brie i Camembert. Jak się zepsują, nikt nie pozna – zaproponował minister rolnictwa i żywności Florian Philippot.
– D’accord – prezydent Marine Le Pen kiwnęła głową. – Co jeszcze?
– Roquefort?
– Merde! Skończ już z tym serem, Florian! Czekam na inne propozycje. J'écoute.
– Ministerstwo kultury wyśle tysiąc podręczników do nauki języka francuskiego – zgłosił się Bruno Gollnisch. – Z oryginalnymi nagraniami francuskich lektorów.
– C'est formidable! Niech wiedzą, że Francja umie się dzielić tym, co najlepsze.
– À propos tego, co najlepsze. Nie zapomnijcie o winie. Ze dwa kontenery – powiedziała France Jamet. – Vin blanc et vin rouge. Białe i czerwone. Jak ich barwy narodowe. Niech piją za nasze zdrowie.
Odpowiedział jej pomruk aprobaty i dyskretne uśmiechy.


czwartek, 21 września 2017

Miłość, która umarła


Miłości, która umarła, najpierw blednie skóra. Jest to spowodowane zatrzymaniem akcji serca i ustaniem krążenia. Krew nie krąży, kiedy serce miłości przestaje bić. Jednak na krew, która nie płynie, działa siła ciążenia, dlatego krew przesiąka bezwładnie do najniżej położonych części ciała. Już po kilkudziesięciu minutach od śmierci na bladym ciele miłości pojawiają się wiśniowe przebarwienia pod skórą.
Jeśli miłość umarła leżąc na wznak, sine plamy widać początkowo na karku i uszach, potem na plecach, a wreszcie są również widoczne na całym dolnym obszarze ciała, to jest na pośladkach oraz na udach z tyłu. Jeśli miłość umiera leżąc na brzuchu, przebarwienia wystąpią na piersiach, na brzuchu i na udach z przodu. Kiedy miłość umiera w pozycji stojącej albo wiszącej, krew zbiera się w dolnych częściach rąk i nóg, które wyglądają tak, jakby były odziane w ciemnowiśniowe rękawiczki i skarpetki.
Przez pierwsze godziny od zgonu przebarwienia nie są jeszcze utrwalone i mogą się przemieścić, jeśli się zmieni położenie zwłok miłości. W tym okresie plamy bledną, gdy się je naciśnie palcem, a po zwolnieniu nacisku siność powraca. Po kilkunastu godzinach następuje ostateczne utrwalenie plam i ciemny kolor skóry nie znika wskutek nacisku.
W pierwszej fazie po śmierci miłość wysycha. Wysychanie pośmiertne objawia się zmętnieniem rogówki oka. Rogówka traci wodę i oczy martwej miłości stają się mętne, nie błyszczą. Później wysychają spojówki i usta. Czerwone wargi miłości przyjmują barwę sinobrunatną. Skóra na twarzy z początku się naciąga i wygładza, zmarszczki wydają się mniej widoczne. Później górna szczęka i żuchwa rozciągają zdeformowaną twarz w uśmiechu.
Zaraz po zgonie całe ciało miłości ulega zwiotczeniu. Potem następuje stężenie pośmiertne, czyli zesztywnienie i skrócenie mięśni. Stężenie najpierw obejmuje mięsień serca, w dalszej kolejności palce i stopy. Po paru godzinach stężenie obejmuje już wszystkie mięśnie. Zwłoki miłości przybierają charakterystyczny układ z nienaturalnym przygięciem kończyn i zgięciem palców rąk. Zesztywnienie jest odwracalne i ustępuje stopniowo, w zwykłych warunkach po upływie dwóch, trzech dni od momentu zgonu.
Rzadkim odstępstwem od normalnego procesu jest sporadycznie występujące stężenie kataleptyczne, które następuje tuż po śmierci. Jeśli miłość doświadczyła gwałtownego, ciężkiego wysiłku, miała drgawki bądź gorączkę, w chwili śmierci może momentalnie zastygnąć. Znany jest przypadek, kiedy miłość zmarła w pozycji klęczącej z wyciągniętą przed siebie ręką i w tej pozycji zesztywniała.
W trakcie późniejszych zmian pośmiertnych komórki i narządy wewnętrzne miłości rozpadają się na skutek działania enzymów. Pierwsze autolizie ulegają komórki mózgu, dalej krew. Jako ostatnie rozpadowi poddaje się serce.
Następnie działalność rozpoczynają bakterie, które za życia bytują w przewodzie pokarmowym miłości, na jej skórze, w drogach oddechowych i płciowych. To one odpowiadają za etap gnicia. Objawy gnicia zwłok miłości widać najszybciej w podbrzuszu, w postaci zielonkawobrunatnego zabarwienia. Zwłoki miłości zaczynają nabrzmiewać. W miarę jak bakterie wyjadają żołądek i jelita, wytwarzane przez nie gazy zaczynają wydymać brzuch.
Substancje powstające podczas rozkładu ciała przyciągają owady. W zależności od warunków klimatycznych i pogody już parę godzin po śmierci miłości pojawiają się pierwsze insekty. Muchówki z rodziny plujek żerują i składają jaja w rozkładającym się ciele. Żerowanie zaczynają w miejscu gałek ocznych i w okolicach intymnych. Owady wyjadają oczy nieżywej miłości, zostawiając puste oczodoły.
Skóra martwej miłości przybiera czerwonawy kolor. Tkanka tłuszczowa pod skórą zaczyna się rozkładać, nadając zwłokom szklisty połysk. Gdy skóra nabiera barwy karmelu, zaczyna się na niej pokazywać sieć fioletowych i szkarłatnych linii, przypominająca mapę rzek. Jest to martwy układ krążenia miłości. Krew w żyłach i tętnicach gnije, rozdymając je i nadając im ciemniejszą barwę, przez co wyglądają tak, jakby ktoś wymalował je na ciele miłości flamastrem.
Po kilkunastu dniach przemiany ze świeżego ciała miłości w nagi szkielet czaszka miłości jest już odsłonięta. Włosy zsuwają się z kości niczym odczepiona peruka i podtrzymywane resztkami tkanki leżą w kałuży ciemnej tłustej brei otaczającej głowę. Rozdęty brzuch miłości zapada się do środka, skóra przywiera do żeber. W następnych dniach odsłaniają się żebra oraz fragmenty kręgosłupa, podobnie jak kości miedniczne w okolicy genitaliów wyjedzonych przez robaki. Kończyny miłości rozkładają się wolniej, ponieważ pozbawione są wilgotnych, ciemnych otworów, znajdujących się na twarzy i w kroczu, które przyciągają insekty. Same dłonie i stopy zmarłej miłości ulegają innego rodzaju przemianie: skóra zaczyna mięknąć i schodzić wielkimi płatami, jakby miłość doznała rozległych oparzeń słonecznych.
Jeśli ciało martwej miłości leży w miejscu wilgotnym, przy braku dostępu do tlenu i w niskiej temperaturze, wtedy ulega przeobrażeniu tłuszczowo-woskowemu. Po wydostaniu się poddanej reakcjom substancji tłuszczowej na zewnątrz ciała zamienia się ona w kruchą białoszarą masę, przypominającą wyglądem gips lub wapno.
Do strupieszenia, czyli swoistej mumifikacji, dochodzi wtedy, gdy zwłoki miłości przebywają w środowisku suchym, przewiewnym, przy wysokiej temperaturze. W takich warunkach nie następują procesy gnilno-fermentacyjne. Skóra miłości staje się twarda i zmienia kolor na brązowy lub czarny.
Ostatnim etapem rozkładu miłości jest zeszkieletowanie, kiedy widać pełny szkielet, bez skóry i innych tkanek miękkich. Ile czasu musi upłynąć, aby z gorącokrwistej miłości o pełnym ciele zostały po śmierci tylko kości? To zależy od całej masy czynników. Zaczynając od wagi i rodzaju odzieży, od tego jaka panowała temperatura i warunki atmosferyczne, aż do takich czynników jak to, czy był to teren otwarty, czy raczej jakiś budynek lub mieszkanie, oraz czy zwłoki miłości zostały zakopane, czy może znajdowały się w wodzie.
Na wolnym powietrzu do utraty tkanek miękkich dochodzi w ciągu dwóch lat, w przypadku pogrzebanych zwłok zajmuje to nawet pięć lat. Zupełne zeszkieletowanie, łącznie z rozpadem chrząstek i więzadeł, zajmuje od pięciu do dziesięciu lat. Duże nasłonecznienie, działalność owadów i padlinożerców, może znacznie skrócić czas zamiany umarłej miłości w szkielet.
Szkielet pogrzebanej miłości nie będzie trwał wiecznie. Kości rozpuszczają się pod wpływem kwasów działających w ziemi. Fragmenty kości mogą się jednak zachować przez setki a nawet tysiące lat.


środa, 13 września 2017

Wypadek


Ilona była taka dumna, kiedy ich syn zaczął chodzić do szkoły. Cieszyła się, że Pawełek będzie się uczyć i rozwijać, pozna kolegów, nauczy się pracować w grupie, ale było jej przy tym smutno. Było jej żal, że skończył się ten pierwszy, najwspanialszy okres jego dzieciństwa, kiedy byli ze sobą bez przerwy i mieli siebie na wyłączność.
Do tej pory Pawełek kochał tylko mamę i tatę i właściwie tylko z nimi spędzał czas. Rodzice byli dla niego jedynymi autorytetami. Teraz zaprzyjaźni się z innymi chłopcami, a jego pani również stanie się dla niego ważna, może nawet Pawełek ją polubi, to takie dobre, wrażliwe dziecko.
Ilona nie była zaborcza, a jednak czuła, że traci coś cennego. Oczywiście, żałowała nie tylko tych kilku godzin dziennie, które mogła spędzać z synem, ale było jej przykro przede wszystkim dlatego, że nieuchronnie traciła malutką cząstkę jego miłości, która zostanie rozproszona na innych ludzi i inne sprawy. Rozumiała, że odtąd jakaś część jego życia nie będzie już do niej należała i będzie się toczyć poza nią.
Marcinowi na pewno było lżej, ponieważ pracował i nie widywał się z synem całymi dniami, ale ona przez te lata tak bardzo się z Pawełkiem zżyła, że przez pierwsze tygodnie bardzo mocno za nim tęskniła. Raczej nie syn za nią, jak to zazwyczaj bywa, ale to ona za synem tęskniła w dni nauki szkolnej. Naturalnie, Pawełek miał w szkole mnóstwo interesujących zajęć i nie był sam. Ilona nie miała nic ciekawego do zrobienia w domu i była sama. Dlatego przez pierwszy miesiąc to ona miała łzy w oczach, kiedy odprowadzała go do szkoły i musieli się rozstać.
Potem przyszła słotna jesień i Ilona poprosiła męża o kupno drugiego samochodu. Głównie po to, by mogła Pawełka rano odwozić do szkoły, a po lekcjach zabierać go do domu. Do szkoły nie było daleko, niecały kwadrans piechotą, zaś Pawełek lubił spacery, ale jednak chodzenie na deszczu i wietrze mogło źle się odbić na jego zdrowiu, a przecież zbliżała się zima. Poza tym łatwiej było Ilonie zdążyć ze wszystkim, zwłaszcza rano, gdy miała do dyspozycji samochód.
Podobnie jak Ilona myślało wielu rodziców i to nawet tych, którzy mieli dzieci dużo starsze od Pawełka. Na ulicy prowadzącej do szkoły przed rozpoczęciem i po zakończeniu lekcji ciągnął się codziennie nieprzerwany sznur pojazdów, także w pogodne dni, a znalezienie miejsca na parkingu przed budynkiem szkolnym graniczyło z cudem.
Ale byli też nieodpowiedzialni rodzice, których Ilona nie potrafiła zrozumieć, którzy pozwalali swoim pociechom chodzić do szkoły pieszo bez opieki osoby dorosłej. Ilona nie dopuściłaby do takiej sytuacji, aby jej synek sam szedł do szkoły, nawet gdyby był starszy i pogoda była ładna. Oprócz warunków atmosferycznych na dzieci czyhało wiele innych niebezpieczeństw. Tyle się mówiło o różnego rodzaju przestępstwach i wypadkach.
No właśnie. Bo najgorszy był ten ruch uliczny. Ilona nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby jej synkowi coś się stało, gdyby go jakiś samochód potrącił. W jednym miejscu trzeba było przejść przez jezdnię. Były tam pasy i garb spowalniający, ale nie było świateł, bo właściwie ta ulica nie była zbyt ruchliwa. Ale akurat jak na złość właśnie o tej porze, gdy jej Pawełek ewentualnie musiałby chodzić sam do szkoły i przechodzić przez ulicę, ruch był największy, gdyż właśnie wtedy rodzice odwozili dzieciaki samochodami. To samo zaraz po lekcjach. O takiej ewentualności, zupełnie przecież nie do przyjęcia, czysto teoretycznej, myślała Ilona wówczas, gdy mijała idące chodnikiem dzieci albo gdy zatrzymywała się przed pasami, by je przepuścić na drugą stronę.
Być może nie wszyscy rodzice, którzy puszczali swoje dzieci same do szkoły, byli nieodpowiedzialni. Może po prostu odrobinę mniej je kochali? Albo kochali je jakoś inaczej niż ona kochała swojego jedynego syna, nie tak przewidująco.
Odprowadzając Pawełka, Ilona poznała Magdę. Synek Magdy miał na imię Adaś, też był jedynakiem i też zaczął szkołę, tylko uczęszczał do innej klasy niż Pawełek. Może ze dwa razy zamieniły ze sobą kilka zdań. Przez pierwszy tydzień Magda tak samo jak Ilona odprowadzała syna do szkoły, ale potem przestała. Z rozmowy z Magdą Ilona wywnioskowała, że Magda mocno kochała swoje dziecko, ale chciała, aby jej Adaś jak najszybciej stał się samodzielny i przez to nabrał pewności siebie i zaufania do innych ludzi.
Ilona starała się ufać ludziom i na ogół jej się to udawało, ale nigdy nie ufała im do tego stopnia, by powierzać im zdrowie i życie własnego dziecka, aby od ich odpowiedzialności uzależniać jego bezpieczeństwo. Nie dla wygody, ale dla pewności woziła Pawełka samochodem.
Tego dnia byli spóźnieni. Marcin miał ważne spotkanie, ale nie wiadomo czemu uparł się, że zamiast jak zwykle białej koszuli, włoży niebieską, więc Ilona musiała mu ją w pośpiechu rano przeprasować, potem znowu nie mogli dobrać odpowiedniego krawata, bo te, co pasowały do białej koszuli, nie pasowały do niebieskiej, a prócz tego trzeba było mężowi zrobić śniadanie, ponieważ on do ostatniej chwili sprawdzał coś na laptopie. Jednym słowem za późno obudziła Pawełka, by go przygotować na czas do szkoły, i byli spóźnieni.
Pawełek miał markotną minę, bo jeszcze nigdy się nie spóźnił na lekcje, a ona była zdenerwowana. Wszystko przez Marcina. Myślała o tym, co mu powie wieczorem. Na szczęście ruch był nieduży, dlatego że było już po czasie i większość rodziców zdążyła odjechać, więc Ilona jechała szybciej niż zwykle i ledwo co zwolniła przed przejściem dla pieszych mimo garbu spowalniającego.
Nie wiadomo jak i skąd ten chłopczyk znalazł się na pasach. Zahamowała gwałtownie, ale było już za późno i uderzony przez samochód chłopiec odbił się od zderzaka i upadł na asfalt. To była jego wina. To on wtargnął na jezdnię. Ona się tylko trochę zagapiła.
Nie wiedziała, co robić. Serce biło jej strasznie szybko. Przez parę chwil siedziała roztrzęsiona. Spojrzała na Pawełka. Miał łzy w oczach, lecz nic nie mówił. Wyszła z auta i podeszła do leżącego na jezdni dziecka. Z ust i nosa ciekła mu krew. Poznała go od razu. To był Adaś, synek Magdy.


piątek, 1 września 2017

Wycieczka rowerowa


Jedzie się chodnikiem wzdłuż bloku. W pierwszej klatce mieszka starsza kobieta, która składa doniesienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa uprawiania przez sąsiadów marihuany w ukrytym pokoju. Starsza kobieta zawiadamia władze spółdzielni mieszkaniowej i urzędników nadzoru budowlanego o grożących zawaleniem budynku przeróbkach dokonywanych w mieszkaniu sąsiadów. Starsza kobieta chodzi do kościoła na nieszpory, nowenny, gorzkie żale, drogę krzyżową, nabożeństwa majowe, nabożeństwa czerwcowe, nabożeństwa różańcowe i koronkę do miłosierdzia bożego.
W drugiej klatce mieszka nieogolony, cuchnący starzec z dużym psem. Starzec wysiaduje na ławce przed blokiem i rzuca psu gumową piłkę. Duży pies biegnie po gumową piłkę i przynosi ją obślinioną w pysku cuchnącemu starcowi. Pies patrzy na starca, macha ogonem i czeka na następny rzut. Kiedy jest gorąco, duży pies chłepce z kałuży, do której ściekają płyny z psujących się w śmietniku organicznych odpadków. Małżeństwo emerytów z drugiej klatki nie przetrwało udaru, jaki dotknął męża. Żona nie dała rady opiekować się częściowo sparaliżowanym mężem. Zawinęła dupę i uciekła w depresję. Mężczyznę oddano do zakładu. Miał tam drugi udar i umarł. Kobieta odżyła.
W trzeciej klatce mieszka konkubinat z czworgiem dzieci. Konkubina nigdy w życiu nie pracowała, konkubent przez pewien czas robił na czarno, dorywczo, na budowie. Oficjalnie utrzymują się z zasiłku, który jest ich jedynym legalnym źródłem dochodu. Od czasu gdy oprócz zasiłku z opieki społecznej dochodzi po pięćset złotych na każde dziecko, on przestał robić na czarno, dorywczo, na budowie. Przesiaduje na ławce, pijąc piwo. Nie spieszy się, dręczy jedną butelkę przez dwie godziny. Zimą tankuje w domu, przed telewizorem. Za jazdę po alkoholu stracił prawo jazdy. Ona odprowadza rano dzieci do przedszkola, które dla osób bez dochodu jest bezpłatne. Spędza dzień przed telewizorem albo w galerii handlowej z koleżanką, która też rano zaprowadza dzieci do przedszkola. Przy ładnej pogodzie obie młode kobiety sączą na dworze piwo o smaku limonki i palą cienkie papierosy.
Mija się drugi blok, który zamieszkuje troje złodziei, dwóch mężczyzn i jedna kobieta. W drugim bloku mieszkają ponadto plotkarze i plotkarki obrabiający dupę znajomym i nieznajomym, jeden pedofil, który ma na koncie troje dzieci w realu i niezlioczone wirtualne. Trzech gwałcicieli, z których pierwszy jest taksówkarzem, drugi mechanikiem, trzeci pracuje w dziale logistyki. Sześciu kiboli piłki nożnej, którzy w każdy weekend jeżdżą na mecze z szalikami klubowymi i nawaleni wrzeszczą po nocach. Kilkunastu starych i młodych mężczyzn, kilkunastu nastoletnich chłopców, parę dziewcząt i kobiet oraz paręnaścioro dzieci oglądających w sieci pornografię, w tym także dziecięcą i zwierzęcą. Dwóch mężczyzn z drugiego bloku raz lub dwa razy w tygodniu pije wódkę w piwnicy i tamże oddaje mocz na ścianę. Mieszkanka tego bloku, otyła kobieta w średnim wieku, co dwie godziny wychodzi na balkon i pali papierosa, niedopałek rzuca na zdeptany trawnik w dole pokryty psim gównem.
Wyjeżdża się na ścieżkę rowerową, która biegnie wzdłuż cmentarza leżącego za płotem. Cmentarz wygląda jak park, jest pełen kolorowych kwiatów i zielonych tuj. Ludzie przechadzają się po alejkach w niedziele i dni powszednie. Cmentarz jest lepszy niż park. Na cmentarzu nie srają psy, starzy mężczyźni nie siedzą na zdezelowanych ławkach, nie chleją taniego owocowego wina i małpek wódki, nie świnią, nie pierdolą i nie rzucają kurwami. Młodzież nie siedzi na pomazanych ławkach, nie chla piwska, nie świni, nie ryczy, nie pierdoli i nie rzuca kurwami. Cmentarz jest czysty, pełna kultura, śmieci wrzuca się do pojemników, alejki są schludne, ławki całe, pomalowane na zielono lub brązowo.
W miejscu, gdzie kończy się cmentarz, kończy się płot i zaczyna las. Ścieżka rowerowa biegnie skrajem lasu, który jest plantacją sosen rosnących równo jak pod sznurek. Wycięto i wyprzedano stare świerki, buki, dęby. Rosnące rzędami sosny zostaną ścięte i sprzedane, gdy tylko osiągną wysokość i grubość odpowiednią do wyrobu desek i belek. Przemysłowa plantacja sosen zwana krótko lasem znajduje się po prawej stronie ścieżki rowerowej, z lewej strony jest szosa. Szosa jest wąska, asfalt łatany, brzegi pokruszone, pobocze miękkie, piaszczyste i błotniste, porośnięte trawą. Szosą suną samochody osobowe do parku przemysłowego i pobliskiej miejscowości o charakterze wiejskim z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, wyprzedzając ciężarówki jadące z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Wcześnie rano i o zmierzchu na asfalcie pojawia się krew, płyny ustrojowe, kości, skóra i sierść rozjechanych kotów, lisów, jeży, małych saren.
Skręca się w stronę miejscowości o charakterze wiejskim. Stare domy z czerwonych cegieł, kryte omszałą dachówką. Na tyłach podwórka drewniane szopy, ceglane chlewiki i obórki, kamienno-drewniane stodoły. Puste, pochylone, zapadnięte. Stary kundel na łańcuchu z siwą mordą szczeka cicho, ochryple, niskim głosem. Wokół rozlatującej się budy widać krąg wydeptanej ziemi o promieniu równym długości łańcucha. W szczytowym cieniu chałupy siedzą na zydlu stary chłop i stara baba. Patrzą na to, co przejeżdża i przechodzi. Dzieciaki koło jedynego sklepu biegają, wrzeszczą, jedzą lody i chipsy, piją barwione, słodzone płyny. Młodzi mężczyźni koło jedynego sklepu stoją, rechoczą, piją piwo, rzucają kurwami. Chłopcy grają w piłkę na porośniętym chwastami boisku i głośno rzucają kurwami. Dziewczęta patrzą w ekraniki telefonów, śmieją się piskliwie i rzucają kurwami. Młode kobiety pchają wózki z niemowlętami po dziurawym chodniku i rzucają kurwami. Nowe domy na obrzeżach miejscowości o charakterze wiejskim, tam gdzie dawniej były pola i pastwiska, potem ugory, a teraz są działki budowlane, zrobione są z bloczków autoklawizowanego betonu komórkowego, dachy mają ze sztucznej dachówki kompozytowej, okna z polichlorku winylu. Obok stoją garaże z tych samych materiałów, przed garażami stoją samochody. Czarny gończy polski biega za metalowym ogrodzeniem, szczeka głośno wysokim tonem.
Za miejscowością o charakterze wiejskim jest gruntowa droga skroś rozległych podmokłych łąk. Wzdłuż drogi ciągnie się kanał melioracyjny, brzegiem rosną olchy i wierzby. Na kanale pływają kaczki krzyżówki, które odlatują. Para łabędzi posuwa się przez zieloną rzęsę, ciągnąc za sobą czarny tren. Na przydrożu kwitnie firletka poszarpana, gwiazdnica, komonica. Ze zgrupowania krzaków czarnego bzu wylatuje z furkotem stado szpaków. Nad łąkę podnosi się żuraw, wydaje z siebie zardzewiały krzyk. Spośród trawy skowronek tryska pionowo w górę niczym ćwierkająca fontanna, po czym opada i wsiąka w zieleń. Na czubku usychającej topoli o nagich kościanych konarach siedzą kruki. Kraczą głęboko, gardłowo. Posilający się blisko drogi jastrząb głośno kwili i odlatuje z niedojedzoną myszą w szponach, z której zwisa kawałek jelita. W bujnej trawie zakwitła biała trybula, fioletowa wyka, różowa smółka. Z nadrzecznej gęstwiny dochodzi kląskanie słowika. W trzcinach donośny, szorstki śpiew trzcinnika. Bliżej rzeki nad wysoką trawę wybujał dzięgiel. W oddali na horyzoncie wznosi się niebieskozielona ściana drzew. Dobiega stamtąd wołanie kukułki. Kukanie brzmi stereofonicznie, przestrzennie, jakby podwojone swoim własnym echem.
Zsiada się z roweru.
Jest się możliwie daleko.
Jest się możliwie blisko.

czwartek, 29 czerwca 2017

Ahmed Warszawski

W hołdzie Marii Konopnickiej

Od wczoraj jakiś niepokój panuje w uliczce. Ahmed dziwi się i częściej niż zwykle patrzy w okno. Tych ludzi nie widział on tu jeszcze. Gdzie idą? Po co przystają z robotnikami, śpieszącymi do budowania fundamentów pod nowy apartamentowiec? Skąd się tu wzięły te hiphopowe wyrostki? Dlaczego patrzą tak po witrynach? Skąd mają pieniądze, że idą w pięciu do pubu?
Ahmed kręci głową. On zna tak dobrze tę uliczkę cichą. Jej fizjonomię, jej ruch, jej głosy, jej tętno.
I jak jej nie ma Ahmed Warszawski znać, kiedy już od lat dziesięciu w tej samej kebabiarni przy powoli obracającym się rożnie stoi i przez to samo okno wygląda, oczy jego czarne spod brwi gęstych, ciemnych patrzą w tę uliczkę, która jest wśród wielkiego miasta jakby odrębnym, zamkniętym w sobie światem.
Świata tego drobne tajemnice zna Ahmed na wylot. Wie, kiedy się powiększa a kiedy zmniejsza kaszel emerytowanego nauczyciela, który przychodzi zjeść feta kebab, czyli pieczone mięso z serem sałatkowym, cienki chleb, sałatę, pomidor i sos. Wie, jak pachnie dezodorant młodego aplikanta, który służy w kancelarii miejscowego mecenasa i zagląda tu w porze lunchu, żeby się pożywić daniem iskender kebab, składającym się z pieczonego mięsa z wołowiny i cielęciny z grillowanym chlebem, sosem pomidorowym i jogurtem naturalnym. Wie, z której strony nadbiegnie zdyszana licealistka, żądając zupy z soczewicy.  Wie, kiedy je kolację hipster z branży reklamowej, mieszkający w lofcie urządzonym w dawnym magazynie, który jest wegetarianinem i lubi smażony szpinak z ryżem i brokułami, zapiekany z serem.
I jego też znają tu wszyscy. Obcy człowiek rzadko zajrzy; każdy jakby swój, jakby domowy.
Stary, łysy zegarmistrz Szmit z przeciwka przez otwarte drzwi krzyczy mu latem „dzień dobry”; chudy student z nogami jak cyrklowe nożyce, co rezyduje na stancji po sąsiedzku, wsadza zmierzchem w drzwi kebabiarni głowę na długiej, cienkiej szyi i zamawia frytki i coca-colę. Straganiarka przyniesie Ahmedowi czasem świeże warzywa i owoce w zamian za kebab roladę.
Wszystko to tworzy jakąś atmosferę wzajemnej życzliwości. Ahmedowi Warszawskiemu dobrze w niej być musi. Rześki jest w sobie, spokój i powaga maluje się na jego śniadej twarzy. Włosy jego są kręcone, ciemne, z nitkami siwizny, lekko przerzedzone, a krótka broda gęsta i czarna.
O godzinie drugiej drzwi kebabiarni otwierają się głośno, hałaśliwie, a w nich ukazuje się Kubuś, uczeń pobliskiej szkoły podstawowej w luźnych spodniach z opuszczonym krokiem, w czapce bejsbolówce z daszkiem przekręconym do tyłu i z tornistrem na plecach. Jest to chłopak dziesięcioletni może, który po matce, zmarłej przy porodzie żonie Ahmeda, wziął piwne, o złocistych blaskach oczy, długie, ciemne rzęsy i drobne usta, a po ojcu nos orli, wąskie wysokie czoło i ciemne jak krecie futerko włosy. Szczupły i mały, Kubuś mniejszym się jeszcze i szczuplejszym pod brzemieniem wielkiego tornistra wydaje. Ahmed jest w ciągłej o niego obawie. Przezroczysta cera chłopca, który unikał słońca, jakby się bał, że się zanadto opali, jego częsty alergiczny kaszel, który przechodzi w astmę, jego wątłe piersi i pochylone barki, budzą w ojcu nieustanną troskę. Wybiera też dla niego najlepsze kawałki mięsa, dolewa mu zupy i dokłada na talerz sałatkę, a kiedy chłopak się naje, klepie go po ramieniu i zachęca do zabawy z dziećmi na boisku szkolnym.
Kubuś rzadko kiedy namówić się pozwala. Jest zmęczony lekcjami, ciężkim tornistrem, siedzeniem w szkole, drogą; ma też dużo zadań na jutro. Powłóczy nogami chodząc, a nawet wtedy, kiedy się uśmiecha, piwne jego oczy patrzą z melancholią jakąś.
Koło piątej Ahmed zamyka kebabiarnię na czas modlitwy popołudniowej Al-Asr, składającej się z czterech Rakatów. Stają z synem zwróceni w kierunku Mekki, podnoszą obie ręce do uszu i mówią Allahu Akbar. Bóg jest wielki. Następnie opuszczają ręce wzdłuż ciała i zaczynają recytować surę Koranu.
Rozlega się wargowy, brzęczący śpiew modlitewny Ahmeda; głos jego przechodzi wszystkie spadki od niskich, śpiewem brzmiących, do wysokich, na których śpiew jego przechodzi w jęk i w żarliwy jakiś lament, w akcenty namiętne, błagalne, łkające. Pod wpływem śpiewu tego chłopiec odczuwa dreszcz nerwowy, blada jego twarzyczka staje się bledszą jeszcze, wielkie oczy to rozszerzają się nad miarę, to mrużą się i zachodzą łzami; patrzy na ojca jakby urzeczony.
Potem kłaniają się w pasie, opierając dłonie na kolanach i mówią: Chwała i cześć mojemu Wielkiemu Panu. Powracają do pozycji stojącej mówiąc: Bóg słucha każdego, kto Go wychwala. Bóg jest Wielki. Przechodzą do pełnego pokłonu, w którym ich czoła, dłonie, kolana oraz duże palce u stóp dotykają ziemi i mówią: Chwała i cześć mojemu Panu Najwyższemu. Siadają na swoich stopach i mówią: Proszę o przebaczenie Boga, mojego Pana i do Niego się zwracam. Bóg jest Wielki.
Zdarzyło się raz, że okoliczne chłopaki zebrali się przed oknem kebabiarni, a zaglądając przez nie do środka, robili sobie z tej modlitwy śmieszki i głupią uciechę. W tej chwili wszakże przechodził tamtędy stary proboszcz, a spojrzawszy przelotnie w okno i widząc modlącego się muzułmanina, który z takim jękiem wołał po swojemu do Boga, przystanął, skłonił głowę z uszanowaniem i szeptem zmówił krótką modlitwę. Scena była niema, ale nad wyraz wymowna. Chłopaki zemknęli, jakby ich wiatr zdmuchnął, i nie było odtąd wypadku, aby spokój kebabiarni zamieszany został.
Przedwczoraj dopiero…
Właściwie i przedwczoraj nie stało się nic. Tylko Kubuś powrócił ze szkoły bez czapki, zdyszany, jak zając zgoniony. Zrazu nic mówić nie chciał; dopiero po długich badaniach wyznał, że jakiś obcy chłopak krzyknął na niego „muzułman!… muzułman!…”, więc on uciekał i czapkę zgubił, i nie śmiał wracać po nią.
Fala gniewu uderzyła Ahmedowi do twarzy. Wyprostował się, jakby urósł nagle, splunął, a potem syna twardo za ramię ująwszy, do stołu pchnął i obiad mu podał. Malec patrzył na ojca zalęknionym wzrokiem. Nigdy go jeszcze tak gniewnym nie widział.
— Słuchaj ty! — przemówił wreszcie, stając przed chłopcem, Ahmed. — Jak ja ciebie małego sierotę chował, i za niańkę także był, i piastował ciebie zamiast matki, to nie na to ja ciebie chował i nie na to ciebie piastował, co by ty głupi był! I jak ja ciebie do szkoły posyłał, jak ja tobie książki kupował, to też nie na to, co by ty głupi był! A ty ze wszystkim głupi rośniesz, i nie ma u ciebie żadnej mądrości! Jakby u ciebie mądrość była, to by ty tego nie wstydził się, nie płakał, nie uciekał, że kto na ciebie „muzułman” krzyknie. A jak ty tego płaczesz, jak ty uciekasz i jeszcze taką piękną nową czapkę gubisz, co pięćdziesiąt złotych bez jednego grosza kosztuje, to ty ze wszystkim głupi jesteś, a te szkoły, te książki, te nauki, to wszystko na nic!
Odsapnął i znów mówić zaczął:
— Co to jest muzułman? Co z tego że muzułman? — mówił już łagodniejszym głosem. — Ty się w to miasto urodził, ty nie obcy, ty swój, tutejszy, ty prawo masz kochać to miasto, póki ty uczciwie żyjesz. Ty się wstydzić nie masz, żeś muzułman. Jak ty się wstydzisz, żeś ty muzułman, jak ty się sam za podłego masz, dlatego żeś muzułman, to jak ty możesz jakie dobro zrobić dla to miasto, gdzie ty się urodził, jak ty jego kochać możesz?
Zachłysnął się i znów przed synem stanął. Tym razem jednak patrzył na jego zlęknioną twarzyczkę z jakimś rozrzewnieniem. Położył mu na głowie rękę i rzekł z naciskiem:
— Uczciwym muzułmanem być jest piękna rzecz! To pamiętaj sobie! A teraz się ucz, żeby ty głupim nie był, a czapkę to ja tobie inną kupię, ty nie potrzebujesz płakać, bo to głupstwo jest!
Kubuś przytulił się do ojca i wziął się do książek. Ahmed bardziej jednak był poruszony tą sprawą, niż to chciał dziecku okazać. Długo bowiem po kebabiarni chodził, spluwając po kątach, jakby się goryczą jaką nakarmił. Nie przetrawił on tej goryczy w sobie i przez noc widocznie, gdyż zgarbiony i jakby postarzały nazajutrz wstał; kiedy chłopiec do szkoły ruszył, Ahmed patrzył za nim niespokojnie, długo.
Gdy jednak Kubuś powrócił ze szkoły wesół, bo piątkę dostał, rozbawiony nową czapką, która miała jeszcze dłuższy daszek, Ahmed o swoich przywidzeniach zapomniał i z radością pracował.
Wczesnym popołudniem wpadł na lunch młody aplikant.
— Co słychać? — spytał.
— Wszystko dobrze, broń Boże od złego! — odrzekł Ahmed Warszawski.
— Podobno muzułmanów mają bić?… — rzucił pachnący dezodorantem aplikant z głupkowatym uśmiechem.
— Jak to bić? — odrzekł Ahmed, pokrywając wrażenie, jakie na nim te słowa wywarły. — A kto ich ma bić? Policja?…
— I… Policja by tam! — powiedział aplikant.
— Jak nie policja, to chwała Bogu — rzekł Ahmed.
Roześmiali się obaj. Aplikant głupkowato, muzułmanin z przymusem widocznym.
Zmierzchało już, kiedy krótko przed zamknięciem przez drzwi kebabiarni wcisnął się gruby zegarmistrz Szmit i zamówił podwójną porcję grillowanego mięsa z wołowiny i cielęciny z kaszą bulgur i sosem.
— Słyszałeś pan nowinę? — zapytał, siadając przy stole.
— Co mnie nowinów. Jak będzie dobra, to będzie dobra, kiedy ona nie będzie nowina. A jak zła, to na co ją słuchać?
— Podobno muzułmanów mają bić — rzekł tłusty zegarmistrz Szmit, kiwając nogą w trzewiku z błyszczącą stalową sprzączką.
Ahmed zamrugał kilka razy nerwowo, koło ust przebiegło mu nagłe drgnięcie. Wnet opamiętał się jednak i, przybrawszy ton jowialnej dobroduszności, rzekł:
— Muzułmanów? Jakich muzułmanów? Jak tych, co terrorysty są, co oni ludzie krzywdzą, to czemu nie? Ja sam pójdę ich bić!
— Ale nie! — roześmiał się zegarmistrz. — Wszystkich muzułmanów…
W ciemnych źrenicach Ahmeda zapalił się błysk nagły. Przygasił go jednak wpół spuszczoną powieką i niby obojętnie zapytał:
— Za co oni mają wszystkich muzułmanów bić?
— A za cóż by? Za to, że muzułmany!
— A czemu oni do lasa nie idą i nie biją brzoza za to, że brzoza, albo sosna za to, że sosna?…
— Tak się to mówi — odparł dyplomatycznie zegarmistrz — ale muzułman zawsze muzułman!…
Nowe iskry zagorzały w oczach Ahmeda.
— A czym ma być? Katolikiem ma być? Hindusem ma być?… Może koniem ma być?
— Nie o to chodzi! — rzekł patetycznie zegarmistrz. — Chodzi o to, żeby nie był obcym!…
— O to chodzi? — odparł Ahmed, przechylając się w tył i cofając łokcie. — To niech mi tak od razu powie! To jest mądre słowo! Ja lubię słyszeć mądre słowo! Mądre słowo to jest jak ojciec i jak matka człowiekowi. Ja za mądre słowo to bym do Mekki szedł. Jak ja mądre słowo usłyszę, to mnie za chleb starczy. Jakby ja wielki bogacz był, wielki bankier, to ja by za każde mądre słowo sto euro dawał. Pan mówi, co by muzułman nie był obcy? Ja tak samo powiem. Czemu nie? Niech nie będzie obcy. Na co obcy ma być, na co ma obcym się robić? Pan myśli, co jak tu deszcz pada, to muzułmana nie moczy, bo muzułman obcy? Albo może pan myśli, co jak tu wiatr wieje, to on piaskiem nie sypie w oczy temu muzułmanowi, bo muzułman obcy? Albo może pan myśli, że jak cegła z dachu leci, to ona muzułmana ominie, bo on obcy?
Odetchnął głęboko, ciężko.
— Panie Ahmedzie — powiedział poważnie zegarmistrz. — Masz pan może i słuszność. Ale w praktyce inaczej się to okazuje. Was, muzułmanów, lęgnie się jak tej szarańczy, a zawsze to żywioł cudzy…
Ahmed znów zamrugał nerwowo razy kilka i znów ciemne swoje oczy w połowie rzęsami przysłonił.
— Jak ja się tam w moim kraju urodził, to nas było dzieci dwanaście. Czy nas ojciec potopić miał? Nie miał nas potopić! Raz, że się Pana Boga bał, a drugi raz, że te swoje dwanaście dzieci tak kochał, że jak matka przyniosła chleb, to on tylko kawałek skórki sobie urwał, a cały chleb dzieciom dał. Tak ich kochał.
Zachłysnął się. Poczerwieniał, oczy mu się zapaliły nagłym przypomnieniem. Wnet się jednak pohamował i mówił dalej z jowialnym uśmiechem, w którym gorzką ironię dostrzec było można.
— Ja tylko jednego syna mam i żona od boleści przy porodzie umarła. Żeby ona żyła, a sześć synów urodziła, a patrzała, na co ja patrzę w tym kraju, to ona by sześć razy od boleści umierać musiała!
Mówił szybko, coraz szybciej, głosem namiętnie przyciszonym, pochylając się ku jedzącemu kebab zegarmistrzowi i przenikając go pałającym wzrokiem. Po chwili wyprostował się, wciągnął w pierś głęboki, ciężki oddech i, uśmiechnąwszy się smętnie, rzekł:
— To ja syna nie nazwałem Ahmed. To już ja go nazwałem Jakub. Kubuś to takie imię, co go i pan synkowi może dać. To dobre imię jest!
— Imię niby dobre jest… — zegarmistrz Szmit zamilkł. Chciał wypomnieć Ahmedowi muzułmańskie nazwisko, ale się wstrzymał.
— Przejdą te niedobre czasy i przyjdą dobre, kiedy jeden drugiemu nie będzie liczył, czy w domu dużo ma kołyski — ciągnął kebabiarz. — I nie na tym mądrość jest, co by mało ludzi było; ale na tym mądrość jest, co by oni dużo dobrego zrobili, dużo ziemi obsiali, dużo obkopali, dużo obsadzili. Co by oni dużo przemysłowców mieli, dużo rozumu się uczyli, dużo dobroci znali w sercu jeden dla drugiego.
Kiedy zegarmistrz nic na to nie odpowiedział, Ahmed zapytał łagodnie:
— A kto to mówi, co muzułmanów mają bić?
Zegarmistrz, zbity nieco z tropu poprzednimi wywodami kebabiarza, natychmiast uczuł swoją przewagę.
— Mówią… — bąknął niedbale, wydymając wargi.
— Kto mówi? — pytał Ahmed, a oczy już z aksamitnych stawały się ostre, kłujące.
— Ludzie mówią… — bąknął tym samym tonem zegarmistrz.
Ahmed odskoczył nagle na dwa kroki, ze zwinnością, której by się nikt w nim nie domyślał. Wzrok jego pałał, wargi parskały, głowę postawił jak kozioł.
— Ludzie?… Ludzie mówią? — pytał głosem syczącym, w coraz wyższe wpadającym tony. — Ludzie?…
I za każdym wymówionym wyrazem pochylał się coraz bardziej naprzód, przysiadał niemal.
Zegarmistrz patrzył obojętnie, leniwy, syty. Zdusiwszy beknięcie, bawił się smartfonem i kiwał nogą w trzewiku.
— Cóż to pana tak dziwi? — zapytał chłodno, zrażony przesadną, obcą gestykulacją muzułmanina.
Ale Ahmed już się uspokoił.
— Pan się myli — rzekł. — Ludzie tego nie mówią. To mówi wódka, to mówi piwo w pubie, to mówi złość i głupota.
Wzniósł rękę i machnął nią wzgardliwie.
— Niech pan śpi spokojnie, panie Szmit. I ja będę spokojnie spał, i mój syn będzie spokojnie spał. Nasze miasto bardzo dużo smutku ma i bardzo dużo ciemności, i bardzo dużo nieszczęścia, ale na nasze miasto jeszcze to nie przyszło, co by się w nim ludzie gryźli jak psy. O to może pan spokojny być!
Zacisnął usta i podszedł do drzwi, jakby chciał gościowi pokazać wyjście. Podniósł się ciężko zegarmistrz Szmit od stołu, zapłacił i rzuciwszy dobranoc, wyszedł.
Nazajutrz rano uliczka obudziła się cicha jak zwykle i jak zwykle spokojna. Ahmed Warszawski od rana stał w fartuchu przy swoim kebabie. Kroił sałatki, mieszał sosy, przyprawiał mięso. Pracował gorączkowo, żarliwie; na jego smagłej, głęboko zbrużdżonej twarzy znać było noc niespaną. Gdy przecież wypił mocną kawę z ekspresu, raźniej mu się jakoś na sercu zrobiło.
Kubuś przychodził tego dnia wcześniej ze szkoły. Ahmed zamknął lokal i zmówili z synem południową modlitwę Al-Dhuhr. Ahmed patrzył na chłopca. Jego serce przepełnione było miłością. Snop światła słonecznego, wpadający do kebabiarni przez okno, kładł się chłopcu na wysokim, gładkim czole z czarnymi łukami brwi, na delikatnych ustach, na wątłych piersiach; to znów w ciemnych włosach i w długich spuszczonych rzęsach zapalał złoto brunatne, migotliwe płomyki.
Krótko po modlitwie drzwi otwarły się gwałtownie, a chudy student, mieszkający na stancji w pobliżu, wkroczył do środka i zawołał:
— Uciekajcie, bo muzułmanów biją!
Rozdrażniony był widocznie bardzo. Jego ospowata, długa twarz zdawała się jeszcze dłuższa i jeszcze bardziej spustoszona; krok, jaki z ulicy do lokalu zrobił, oddalił cienkie jego nogi na niezmierną odległość od siebie, małe bure oczy sypały iskry gniewu. Wylękły Kubuś skulił się w kłębek i schował za ojca.
Ahmed osłupiał. Ale wnet oprzytomniawszy, ogniami z twarzy buchnął; jak żbik do studenta skoczył…
— Co to uciekajcie?… Gdzie mamy uciekać?… Na co mamy uciekać?… Czy my tu ukradli co komu?… Czy my w cudzym domu siedzimy… W swoim domu! Zapracowanym! My tu nikomu nic nie ukradli. Nie będziemy uciekać!…
Przyskakiwał do stojącego we drzwiach studenta, skurczony, zebrany w sobie, syczący, parskający i trzęsący brodą.
— Jak tam pan chcesz! — rzucił szorstko student. — Ja powiedziałem…
— Jak ja chcę?… Co to jest za gadanie, jak ja chcę! Ja chcę, co bym ja spokój miał. Ja chcę spokojnie zjeść mój kawałek chleba, co ja na niego pracuję! Ja chcę wychować ten chłopiec, co by z to dziecko człowiek był, co by nikt na niego nie pluł, kiedy on nic winny nie jest!… Ja chcę, co by nie było ani mojej, ani niczyjej krzywdy, co by sprawiedliwość była, co by się ludzie Boga bali!… Ja tego chcę! A uciekać to ja nie chcę! Ja w to miasto zamieszkał z synem, ja nikogo nie skrzywdził, ja tu kebab mam dobry dla ludzi…
Nie skończył, kiedy od załamu uliczki ozwała się głucha wrzawa, jakby z daleka gdzieś przeciągającej burzy. Po twarzy studenta przeleciał kurcz nagły, wpół głośna klątwa wypadła mu przez ściśnięte zęby.
Ahmed umilkł, wyprostował się i, wyciągnąwszy szyję, nadsłuchiwał chwilę. Wrzawa zbliżała się szybko. Słychać już było gwizd przeciągły, śmiechy, wołania, wybuchy krzyków i skandowanie. Uliczka zawrzała.
Nagle malec wystraszony rozszlochał się głośno. Student z naciskiem drzwi zamknął i wyszedł na ulicę.
Ahmed Warszawski słuchał. Ani szlochania dziecka, ani wyjścia studenta zdawał się nie spostrzegać. Wzrok miał jak gdyby cofnięty w siebie, dolną wargę obwisłą, ucho nastawione. Mimo fartucha widać było drżenie jego kolan; twarz ze śniadej stała się brunatna, z brunatnej żółta, z żółtej kredowo-biała. Wyglądał jak człowiek trafiony postrzałem.
Coraz bliższa, coraz wyraźniejsza wrzawa wpadła nareszcie w opustoszałą uliczkę z ogromnym wybuchem krzyku, świstania, śmiechów, klątw, złorzeczeń. Ochrypłe pijackie głosy zlewały się w jedno z szatańskim piskiem niedorostków. Powietrze zdawało się pijane tym wrzaskiem motłochu; jakaś zwierzęca swawola obejmowała uliczkę, tłoczyła ją, przewalała się po niej dziko, głusząco. Kubuś przestał szlochać i, trzęsąc się cały jak w febrze, wtulił się w ojca. Jego wielkie, ciemne oczy pociemniały jeszcze i świeciły ponuro z pobladłej twarzyczki. Dziwna rzecz! To przytulenie się dziecka i to bliskie już niebezpieczeństwo skrzepiły Ahmeda. Położył rękę na głowie syna, tchu w piersi nabrał szerokim oddechem, a choć twarz miał jeszcze jak opłatek białą, do źrenic już przywołał i ogień, i życie.
— Sz… — szepnął uspokajająco.
Teraz dopiero uciszał płacz, który już sam umilkł, zduszony wielkim strachem. Teraz dopiero to przedchwilowe szlochanie dziecka dochodziło do jego świadomości.
W tej chwili do kebabiarni wpadła straganiarka.
— Dalej! — krzyknęła od progu — Schowajcie się! Ja tu w oknie obrazik Matki Boskiej postawię i krzyżyk. Może ominą!…
Chwyciła malca za rękę.
— Dalej, Kubuś! Na zaplecze!…
Ahmed jedną rękę oparł ciężko na ramieniu chłopca, a drugą odsunął kobietę. Oprzytomniał już zupełnie przez tę jedną chwilę.
— Niech pani da spokój! — mówił twardym, brzmiącym jak dzwon głosem. — Niech pani da spokój! Ja pani dziękuję, bo pani mnie swoją świętość chce dać, mnie ratować, ale ja do moje okno krzyż nie chcę stawić! Ja się nie chcę wstydzić, co ja muzułman. Ja się nie chcę bać! Jak oni Boga w sobie nie mają, jak oni cudzej krzywdy chcą, to oni i na ten krzyż nie będą pytali, ani na ten obraz… To oni i nie ludzie są. To oni całkiem dzikie bestie są. A jak oni nie bestie są, to i bez krzyża nie skrzywdzą.
— Chodź, Kubuś…
I pociągnąwszy za sobą chłopca, do drzwi podszedł, pchnięciem ręki je otworzył i stanął w nich z głową wysoko wzniesioną, tuląc do swego boku małego ucznia szkoły podstawowej w sportowej bluzie z napisem New York Knicks, w butach firmy Nike i bejsbolówce na głowie, którego wielkie oczy otwierały się coraz szerzej, utkwione w wyjący motłoch.
Spostrzegła stojącego w drzwiach muzułmanina uliczna zgraja i rzuciła się ku niemu.
Tę heroiczną odwagę muzułmanina, to nieme odwołanie się do uczuć ludzkich tłumu, wzięto za zniewagę, za urągowisko. Tu już nie szukano, czy jest do wyniesienia skrzynka piwa i szuflada z pieniędzmi, czy jest jakieś szkło do rozbicia, talerze do potłuczenia i meble do połamania. Tu wybuchła ta dzika żądza pastwienia się, ten instynkt okrucieństwa, który przyczajony w jednostce, jak pożar opanowuje zbiegowisko, ciżbę…
Jeszcze nie dobiegli pod drzwi, kiedy kamień rzucony spośrodka tłumu trafił w głowę chłopca. Kubuś krzyknął, straganiarka rzuciła się ku niemu. Ahmed puścił ramię dziecka, nie obejrzał się nawet, ale podniósłszy obie ręce wysoko, ponad wyjący motłoch wzrok utkwił i szeptał zbielałymi usty:
— Allahu Akbar! Allahu Akbar!… — a wielkie łzy toczyły się po jego zbrużdżonej twarzy.
Kiedy pierwsi z tłumu ku kebabiarni ruszyli, znaleźli tam wszakże niespodziewaną przeszkodę w postaci chudego studenta.
Ze wzburzoną czupryną, w rozpiętej marynarce, stanął on przed drzwiami kebabiarni, rozkrzyżował ręce, zacisnąwszy pięści i rozstawiwszy nogi jak otwarty cyrkiel. Był tak wysoki, że zasłaniał sobą wejście do lokalu i muzułmanina z synem. Gniew, wstyd, wzgarda, litość, wstrząsały jego piersią i płomieniami szły po jego ospowatej twarzy…
— Wara mi od tego muzułmanina! — warknął jak brytan na pierwszych, którzy nadbiegli. — A nie, to wal we mnie jeden z drugim gałgany! Psubraty, hultaje!
Trząsł się aż cały i nawet pełnego głosu dobyć nie mógł, tak go gniew dławił. Z małych jego burych oczu iskry sypać się zdawały.
Był w tej chwili piękny jak Apollo…
Kilku trzeźwiejszych z bandy zaczęło się cofać. Postać młodzieńca i jego słowa uderzyły ich swą siłą. Skorzystał z tego długi student, a wepchnąwszy Ahmeda do środka, sam w drzwiach stanął. Tłum przeciągnął mimo lokalu z głuchą wrzawą. Szyderstwa, pogróżki, wrzaski, złorzeczenia, towarzyszyły pochodowi temu; po czym wrzawa oddalała się, cichła, aż przeszła w huk niewyraźny, daleki.
Tego popołudnia nikt się przy stołach nie raczył kebabem, i nikt przy rożnie nie pracował. Lokal był zamknięty. Spokój panował tu zupełny, nie znać było tej burzy, która tu przeszła niedawno.
Na zapleczu leżał na kanapce Kubuś z obwiązaną głową. Zielona lampka paliła się przy nim, chudy student siedział na brzegu krzesła, trzymając rękę malca.
Twarz studenta była już tą samą, co zwykle, dziobatą, brzydką twarzą; w oczach tylko paliły się niedogasłe ognie, z dna duszy ruszone. Siedział milczący, namarszczony, gniewny i od czasu do czasu rzucał niecierpliwe spojrzenie w ciemny kąt małego pomieszczenia. W kącie tym siedział Ahmed Warszawski, bez ruchu, bez głosu. Skulony, z łokciami wspartymi o kolana, z twarzą ukrytą w rękach, siedział on tak od chwili, w której dowiedział się, że chłopcu niebezpieczeństwo nie grozi.
Ta nieruchomość i to milczenie Ahmeda niecierpliwiły studenta.
— Panie Ahmedzie! — burknął wreszcie — Wyleźże pan już raz z tego kąta. Ledwo guz i nic więcej. Chłopak za tydzień do szkoły pójdzie, byle się trochę tylko skóra zrosła. A pan tak na marze zasiadł, jakby co panu umarło.
Ahmed Warszawski milczał. Po chwili dopiero podniósł głowę i odezwał się głosem namiętnie drgającym:
— Pan się pyta, czy ja na marach siedzę? Tak, jak siedzę na marach! Ja popiół na głowę mam i wór gruby na głowę mam, i na popiele ja siedzę, i nogi bose mam, i pokutę wielką mam, i wielką boleść mam, i wielką gorzkość…
Zamilkł i twarz znowu w ręce ukrył. Mała zielona lampka dawała jego ciemnej głowie jakieś szczególne widmowe niemal oświetlenie. Kubuś jęknął raz i drugi i znów zaległo milczenie.
A wtedy wśród tej ciszy podniósł Ahmed Warszawski raz jeszcze głowę i rzekł:
— Pan pyta, co u mnie umarło? U mnie umarło to, z czym tu przyjechałem, z czym ja dziesięć lat tu żył, z czym ja umierać myślał… U mnie umarło serce do tego miasta i do tego kraju!


czwartek, 29 września 2016

Odarcie

W hołdzie Stephenowi Kingowi i Marcelowi Proustowi

Następnie świadomość ta zaczynała mi być niezrozumiała, niby po metempsychozie myśli z poprzedniego istnienia; treść książki odrywała się ode mnie, mogłem wrócić do niej albo nie; natychmiast odzyskiwałem wzrok i czułem się bardzo zdziwiony, że widzę dokoła siebie ciemność, słodką i kojącą dla oczu, ale bardziej może jeszcze dla ducha, któremu wydawała się rzeczą bez przyczyny, niezrozumiałą, rzeczą naprawdę ciemną. Pytałem sam siebie, która może być godzina; słyszałem gwizd pociągów, który – bliższy lub dalszy – jak śpiew ptaka w lesie, uwydatniając odległości, określał mi rozmiar pustkowia, kędy podróżny spieszy do najbliższej stacji; ścieżka, którą idzie, wyryje się w jego pamięci dzięki podnieceniu zrodzonemu z nieznanej okolicy, z niezwyczajnych czynności, z niedawnej rozmowy i z pożegnań w kręgu obcej lampy, biegnących za nim w ciszy nocnej, z bliskiej wreszcie słodyczy powrotu…
– Za długie.
– Co za długie?
– Zdania.
Postawiłem kumplowi piwo, a on zgodził się posłuchać fragmentu powieści, którą wysłałem do dziesięciu wydawnictw. Dostałem dwie odpowiedzi. Jedna brzmiała: „Szanowny Panie. Dziękujemy za wybór naszego wydawnictwa. Jednak z przykrością informuję, że nie zdecydowaliśmy się na publikację Pańskiej powieści”. Druga miała treść następującą: „Szanowny Panie. Dziękujemy, ale nie zdecydujemy się na publikację Pana tekstu”.
Najpierw chciałem kumplowi przesłać kilka stron na maila, ale powiedział, że już woli, żebym mu sam kawałek przeczytał, jak się spotkamy. Znaliśmy się od dziecka. Razem chodziliśmy do szkoły w małym mieście powiatowym niedaleko Poznania. Kumpel nie poszedł na studia, zaraz po maturze zaczął pracować na poczcie. Potem się ożenił, miał dzieci. Ja po studiach w Poznaniu wróciłem do rodzinnej miejscowości i dostałem posadę w urzędzie miasta. Nie ożeniłem się, nie miałem dzieci. Przewinęło się przez moje łóżko kilka kobiet, ale już powoli wychodziłem z tego wieku, kiedy facetowi staje, jak zawieje wiatr, a letnia bryza może mu zrobić blowjob. Co do potomstwa, po trzydziestce mózg potrafi poskromić fiuta przynajmniej na dość długo, żeby sięgnąć po prezerwatywę.
W wolnym czasie czytałem i pisałem. Zawsze byłem w tym dobry. Od czasów, kiedy jeszcze psu do kolan sięgałem. Jak pani w podstawówce czytała na głos wypracowanie, to tylko moje. I wtedy w klasie robiło się cicho.
– Nie podoba ci się?
– To zależy.
– Od czego?
– Czy dalej jest tak samo.
 – Mniej więcej.
– A dużo napisałeś?
– Będzie tego.
– To powiem szczerze.
– Mów.
– Bym się nudził jak sucha pizda.
Kumpel pociągnął łyk piwa i oblizał wargi z piany. Zwróciłem się do niego, bo mi się przypomniało, że wspominał coś o jakiejś książce, którą kiedyś ponoć przeczytał. Na pewno byłoby lepiej poprosić kogo innego, ale reszta moich znajomych po ukończeniu studiów została w Poznaniu, i z czasem nasze kontakty się pourywały. Miałem wprawdzie jeszcze jednego dobrego kolegę, zapalonego motocyklistę, który się nie wyprowadził z naszej rodzinnej miejscowości, ale jemu wolałem nie zawracać głowy. W zeszłym roku miał wypadek i przesiadł się z yamahy na wózek inwalidzki.
– W tej książce, co mówiłeś, że podobno czytałeś, zdania były krótkie?
– Przeważnie.
– A opisy?
– Były. Takie z jajem. Że się brechtasz.
– Co jeszcze?
– Dialogi. Z fajną gadką.
– Poza tym coś utkwiło ci w pamięci?
– Bez przerwy coś się dzieje.
– Co?
– Już nie pamiętam. Niesamowite rzeczy. Normalnie w pale się nie mieści.
Pogadaliśmy, dopiliśmy piwo i kumpel obiecał, że sprawdzi, czy jeszcze gdzieś to ma.
Okazało się, że miał, jak dobrze poszukał, i podrzucił mi przy następnej okazji. Był to zbiór opowiadań Stephena Kinga.
Po ich przeczytaniu wróciłem do mojej powieści, żeby ją podrasować. Ale nie wyglądało to dobrze. Nic nie dawało skracanie zdań, wprowadzanie dodatkowych dialogów, wtykanie dowcipnych powiedzonek. Męczyłem się kilka tygodni i dałem za wygraną. Jak nie da rady, to nie da rady. Mówi się trudno. Albo tekst pójdzie tak, jak jest, albo wcale. Wysłałem powieść bez zmian do jeszcze trzech wydawców, na chybił-trafił, ostatnia próba.
Odpowiedziało jedno wydawnictwo, ale za to wiadomość przyszła już po tygodniu. Mają tempo. Musiało recenzenta wciągnąć. Jak w tym góralskim kawale, w którym baca kręci głową na widok opalającej się nago turystki, która przykryła sobie przyrodzenie kapeluszem, i mówi: – Ale żeby faceta tak wciągnęło?
Może gościu z wydawnictwa skończył kurs szybkiego czytania. Woody Allen chwalił się kiedyś, że poszedł na kurs szybkiego czytania i w dwa dni zaliczył „Wojnę i pokój”. Tam było coś o Rosji.
Tak czy owak, recenzent nazwiskiem Kamil Kisło z warszawskiego wydawnictwa Nowy Świt napisał: „Propozycja wydaje się interesująca, ale nasze wydawnictwo jest małym wydawnictwem i musi ostrożnie inwestować pieniądze. Dlatego proponujemy wydanie Pana książki ze współfinansowaniem autora”. Pomyślałem, że to logiczne. Lepiej jest inwestować cudze pieniądze niż własne. Kamil Kisło podał mi kontakt do pana Macieja Bitkowskiego, właściciela wydawnictwa Nowy Świt, w razie gdybym reflektował.
Wysłałem maila do wydawcy Macieja Bitkowskiego i zapytałem, jakiej wysokości dofinansowanie wchodzi w rachubę. Bitkowski podał mi sumę. Wyliczona przez niego kwota miała pokryć połowę kosztów wydania książki, drugą połowę zobowiązało się zaspokoić wydawnictwo.
Skontaktowałem się z jedną z poznańskich drukarni i poprosiłem o skalkulowanie kosztu druku proponowanej liczby egzemplarzy książki o przewidywanej liczbie stron. Drukarz podliczył i była to suma mniejsza niż ta, jakiej zażyczył sobie Bitkowski.
– Jest pan pewien?
– Jak dodać dwa do dwóch, nigdy nie wyjdzie pięć – odpowiedział.
Chyba że jest się wydawcą Bitkowskim. No i gdzie jest wkład wydawnictwa, ta druga połowa? Zadałem to pytanie Bitkowskiemu. Odpowiedział, że ich wkład polega na zredagowaniu tekstu, zrobieniu korekty i zaprojektowaniu okładki oraz  dopilnowaniu, żeby wszystko grało.
Podpisałem umowę i przelałem umówioną kwotę na konto Macieja Bitkowskiego. Był początek marca. Umowa nie precyzowała, kiedy konkretnie książka ma być wydana, ale wydawca Bitkowski zapewnił mnie, że to jest kwestia trzech miesięcy.
Po trzech miesiącach Maciej Bitkowski przysłał dwa projekty okładki do wyboru: pierwszy i drugi. Wybrałem pierwszy, bo drugi był jeszcze gorszy.
Zaczęło się lato, sezon wakacyjny, toteż Bitkowski zawiadomił mnie, że odłożył wydanie książki do jesieni, kiedy jest na to lepsza pora.
Latem miałem urlop i więcej czasu. Przeglądając oferty księgarń internetowych, natrafiłem na wydaną przed dwoma laty przez wydawnictwo Strata i Spółka książkę, która miała prawie taką samą okładkę jak ta, którą wybrałem do mojej książki. Co za zbieg okoliczności. Tylko tło było inne. Zmieniono kolor i kształt paru elementów. No, ładnie, pomyślałem. Grafik z wydawnictwa Nowy Świt popełnił plagiat. Skubnął projekt konkurencji. Poszperałem głębiej i co się okazało? Wydawnictwo Strata i Spółka też nie było oryginalne, tylko wykorzystało gotowy projekt z zasobów internetu, modyfikując go nieznacznie. Zaciekawiło mnie, jakie honorarium otrzymali za swoją pracę graficy? Czy w ogóle byli jacyś graficy? Jeśli ma się kilka szarych komórek na krzyż, można samemu za pomocą darmowego programu graficznego dokonać podobnej obróbki w dwie minuty. Góra trzy.
Skoro już mowa o zbiegach okoliczności. Niejaki Mosze Zynger mówi: Co pan powiesz na taki zbieg okoliczności? Mój znajomy Złotówka pojechał do Złotowa i znalazł na ulicy złotówkę? Na to odpowiada Aron Bucholz: Też mi zbieg okoliczności. Mój znajomy Blumenfeld pojechał do Rzeszowa i znalazł sto złotych!
Wakacje się skończyły, wysłałem wiadomość z pytaniem, czy książka jest gotowa? Pod koniec września Maciej Bitkowski odpowiedział, że wrzesień i październik nie są dobrymi miesiącami, bo księgarnie zajmują się sprzedażą podręczników szkolnych. Nie ma co się pchać.
W listopadzie, kiedy dni były krótkie i szare, tak że ledwo dało się je zauważyć, dostałem z wydawnictwa Nowy Świt do wglądu zredagowany środek książki. Jak już wspominałem, latem miałem dużo wolnego czasu, więc jeszcze raz przeczytałem dokładnie moją powieść i znalazłem kilka literówek i innych usterek. Zredagowany przez wydawnictwo środek książki zawierał wszystkie co do jednego błędy literowe i typograficzne.
Wtedy w głowie utkwiła mi pewna myśl jak ziarno popcornu między zębami.
Wykonałem eksperyment. Korzystając z darmowego programu do konwertowania dokumentów, zamieniłem plik z powieścią, który wysłałem do wydawnictwa, na format, w którym przysłano mi zredagowany tekst. Wyszło mi dokładnie to samo. Na tym więc polegała redakcja tekstu przez wydawnictwo. Na kliknięciu parę razy myszką.
Niewątpliwie pan Bitkowski uważał się za cwanego. Myślał, że jest mądrzejszy od tych, których udaje mu się nabrać. Takie przekonanie pomagało mu wytrwać w tym, co robił, i zachować dobre samopoczucie. Ale prawda jest taka, że wcisnąć kit potrafi byle szklarz.
Pomyślałem, że poczekam i zobaczę, co będzie dalej. Jednak już zacząłem zaginać na Bitkowskiego parol.
Odpowiednia pora na publikację mojej powieści nie nadeszła ani jesienią, ani zimą – w grudniu dni zrobiły się takie krótkie, że nie opłacało się zdejmować piżamy – ani na wiosnę następnego roku. W odpowiedzi na mój kolejny monit, prawie dokładnie w rocznicę otrzymania wpłaty nazwanej w umowie dofinansowaniem wydania książki, wydawca Bitkowski przysłał krótkiego maila, w którym przepraszał za zwłokę, obiecywał sprawdzić, co się stało i odezwać się za parę dni.
On sprawdzi, co się stało? Ciekawe, jak to zrobi. Będzie się sam siebie pytał, czemu ty, Bitkowski, złamasie jeden, nie wydałeś tej powieści? A może Bitkowski zapyta sekretarkę: pani Basiu, czy mogłaby pani z łaski swojej powiedzieć mi, czemu nie wywiązałem się z umowy? Dostałem pieniądze rok temu i obiecałem, że za trzy miesiące książka wyjdzie. Nie wie pani?
Czyżby wydawca Maciej Bitkowski, właściciel warszawskiego wydawnictwa Nowy Świt, okazał się bezczelnym oszustem?
A czy pies szcza na hydrant?
Rzuciłem palenie jeszcze na studiach, jednak ze zdenerwowania kupiłem paczkę papierosów w najbliższym kiosku i sobie zakurzyłem. Papieros smakował jak wyschnięte krowie łajno.
Była to ostatnia wiadomość od Bitkowskiego. Nie odezwał się ani za parę dni, ani w ogóle. Wszystkie moje późniejsze monity pozostały bez odpowiedzi.
Ponieważ umowa wydawnicza nie zawierała daty publikacji utworu, musiałem poczekać dwa lata, żeby ją zgodnie z prawem wypowiedzieć i zażądać zwrotu wpłaconych pieniędzy. Właściwie dwa i pół roku, bo ustawa o prawie autorskim wymagała, ażeby autor po dwóch latach bezowocnego oczekiwania dał wydawcy jeszcze dodatkowy sześciomiesięczny termin na wywiązanie się z umowy.
Ustawodawca nie przewidział sytuacji, w której sam autor z góry finansuje lub współfinansuje publikację dzieła. Nie pozwalając autorowi na skuteczne odstąpienie od umowy przed upływem dwóch i pół roku, ustawodawca dawał faktycznie wydawcy możliwość uzyskania od autora nieoprocentowanej pożyczki na ten okres, z czego Maciej Bitkowski bez skrupułów korzystał.
Dura lex, sed lex. Czyli w tłumaczeniu na ludzki język: durne prawo, ale prawo. A temu, że ustawodawca był dalekowzroczny jak kret i szybki w myśleniu jak sparaliżowany ślimak, też się specjalnie nie dziwiłem. Przewidujący i mądry ustawodawca to równie rzadki ptak jak cnotka w burdelu.
W każdym razie umowa wreszcie wygasła i zatarłem ręce, bo mogłem teraz właściciela wydawnictwa Nowy Świt wezwać do zwrotu pieniędzy pod groźbą skierowania sprawy do sądu. Bitkowski wezwanie przedsądowe zignorował.
Wysłałem pozew do sądu cywilnego i jednocześnie złożyłem zawiadomienie do warszawskiej prokuratury rejonowej o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez wydawcę Macieja Bitkowskiego. Po miesiącu warszawska prokuratura powiadomiła mnie, że przekazała moje zawiadomienie do prokuratury w moim rodzinnym mieście jako właściwej do rozpoznania sprawy, ponieważ wpłaty na konto Bitkowskiego dokonałem w oddziale banku w moim mieście. Według tych koryfeuszy prawa tam właśnie popełniono przestępstwo.
Nie jestem jurystą, ale szczerze mówiąc po przeczytaniu tego powiadomienia popukałem się w głowę. Prokuratorzy w moim rodzinnym mieście musieli zrobić to samo, bo złożyli odwołanie do prokuratury okręgowej w Poznaniu. Po następnym miesiącu prokuratura okręgowa w Poznaniu przyznała rację prokuraturze w mojej miejscowości i nakazała rejonowej prokuraturze warszawskiej, jako właściwej, zajęcie się sprawą. Tak że w końcu po trzech miesiącach od momentu złożenia przeze mnie zawiadomienia prokuratura warszawska przystąpiła do pracy, zlecając warszawskiej policji wszczęcie dochodzenia.
Karzące ramię sprawiedliwości jest jak Bóg, mieli wolno, ale dokładnie, powiedziałem sobie, nie tracąc optymizmu. Tym bardziej że na froncie cywilnym działania toczyły się sprawniej. Zapoznawszy się z dokumentacją, sąd cywilny przychylił się do mojego pozwu i wydał nakaz zapłaty przez Macieja Bitkowskiego wyłudzonej sumy wraz z odsetkami i kosztami postępowania. Tydzień po otrzymaniu postanowienia sądu zostałem poinformowany przez komendę stołeczną policji o wszczęciu dochodzenia w sprawie mojego zgłoszenia.
Obie wiadomości przyszły w grudniu, tuż przed Gwiazdką, prawie trzy lata po tym, jak wpłaciłem pieniądze na konto wydawcy Bitkowskiego. Ucieszyłem się, jakbym dostał prezent pod choinkę. Uwierzyłem w skuteczność prawa tak jak dzieci wierzą w Gwiazdora.
Jeszcze przed końcem zimy miałem się przekonać, że efekt będzie z tego taki, jakby na śnieg naszczać.
Przedtem nie interesowałem się Maciejem Bitkowskim jako człowiekiem. Ale im większą czułem do niego niechęć, tym więcej chciałem się o nim dowiedzieć. Coraz częściej o nim myślałem i coraz trudniej było mi o nim zapomnieć i wyrzucić go z mojej głowy. Wracał natrętnie i upierdliwie. Był jak gówno, które nie daje się spuścić.
Znalazłem w sieci zdjęcia i jedno nagranie wideo, w którym Bitkowski zachęca internautów do datków na wydanie książki przez jakąś dziewczynę, która zbierała fundusze na ten cel. Fundraising czy crowdfunding to się nazywa. Jak zwał, tak zwał, w każdym razie intryga się nie powiodła, darczyńcy zawiedli i Maciej Bitkowski musiał obejść się smakiem. Ale nagranie i zdjęcia zostały. W sieci nic nie ginie.
Bitkowski był facetem koło pięćdziesiątki, łysiejącym, rudawym, o buldogowatej twarzy. Niewysoki, ale krępy, pełen mięsa, dobrze ponad sto kilo po oprawieniu. Trochę mniej, gdyby zedrzeć skórę.
Z przysadzistym wyglądem kontrastował jego wysoki głos. To był słodki głosik przylepnego chłopczyka, którego matka nie ma siły skarcić za podbieranie pieniędzy z torebki. Kiedy się uśmiechał przymilnie, kiedy się łasił do internautów, namawiając do wpłat na wydanie książki, jego zapuchnięte oczy zamieniały w szparki, a pomarszczone usta rozciągały się jak wargi sromowe starej baby.
Czy miał żonę i dzieci? Z taką prezencją i charakterem mógł nie mieć. Jego głos kojarzył się z kimś, kto kuca, żeby się wyszczać. Poza tym jaka normalna kobieta chciałaby dzielić łoże z chujem? Ale kto wie. Kobiety nie są wybredne, zwłaszcza kiedy nie mają dużego wyboru. Dzieci są w jeszcze gorszej sytuacji, bo nie mają wyboru żadnego. Jeżeli nawet ten wał ma żonę, to ze sobą nie współżyją. Bitkowski był w wieku, kiedy popęd seksualny zacina się na pierwszym biegu. Zwłaszcza przy takiej ładowności.
Maciej Bitkowski sądowy nakaz zapłaty olał rozdwojonym sikiem. Był jak pies, który robi to, co chce i gdzie chce, nie oglądając się na zasady przyzwoitości. Po uprawomocnieniu się nakazu zapłaty wystąpiłem do sądu o nadanie klauzuli wykonalności. Kiedy nakaz został zaopatrzony w stosowne stempelki, byłem gotów do wysłania do komornika wniosku o egzekucję zasądzonej kwoty. Przedtem dałem Bitkowskiemu jeszcze jedną szansę. Wezwałem go listem poleconym do wykonania prawomocnego nakazu sądu, ostrzegając przed egzekucją komorniczą, która pociągnie za sobą dodatkowe koszty, które z mocy prawa obciążają dłużnika. Dałem mu trzy tygodnie.
Wydawca Bitkowski na wezwanie nie zareagował, za to zadzwonił do mnie aspirant sztabowy z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą komendy stołecznej policji.
– Moje nazwisko Damian Kąkol. W sprawie pana zgłoszenia o przestępstwie.
– W czym mogę pomóc?
– Rozmawiałem wczoraj z tym panem. Bitkowskim, tak?
– Tak. Maciej Bitkowski. Z wydawnictwa Nowy Świt.
– No i?
– Co i?
– On mówi, że pan go straszy komornikiem. Chce zawrzeć ugodę.
– Nic mi o tym nie wiadomo.
– Mówił, że panu wysłał propozycję.
 – Nic nie dostałem. Jaką propozycję?
– Ugody.
– Teraz chce ugody? Po trzech latach? Kiedy ja już mam prawomocny nakaz zapłaty z klauzulą wykonalności?
– Wien pan, na każdym etapie można dojść do porozumienia.
– Zaraz, chwileczkę. Przecież zwrot wyłudzonych pieniędzy nie jest uzależniony od zgody pana Bitkowskiego. To jego prawny obowiązek. Jak go nie spełni, należność wyegzekwuje komornik.
– Wie pan, komornik... Nie lepiej, żeby dobrowolnie oddał? Pan przyjmie jego przeprosiny i sprawa załatwiona.
Tu jest pies pogrzebany. Maciej Bitkowski wie, co jest na rękę policji, i chce to wykorzystać. Gdyby rzeczywiście miał zamiar załatwić sprawę polubownie, gdyby faktycznie jego niewywiązanie się z umowy było skutkiem jakiejś niefortunnej pomyłki – to oczywiście bzdura, ale Bitkowski mógłby udawać, że to prawda, a ja mógłbym udawać, że w jego łgarstwa wierzę – toby już dawno zwrócił pieniądze, starając się mimo wszystko zachować twarz. No, powiedzmy, jej cząstkę. Fragment podbródka, policzek albo nos.
Ale Maciej Bitkowski już dawno temu stracił całą twarz. Znalazłem w internecie forum, na którym mieszali Bitkowskiego z błotem autorzy oszukani tak samo jak ja. Jeszcze inni skarżyli się, że co prawda Bitkowski książkę wydał, ale z jej sprzedaży nie widzieli ani grosza. Skontaktowałem się z kilkoma oszukanymi przez Bitkowskiego osobami i poradziłem im, żeby za moim przykładem zawiadamiali prokuraturę.
Nie posiadając twarzy, Bitkowski nie miał czego zachowywać. Został mu tylko żołądek, który wołał jeść. Dlatego Bitkowski chciał zjeść ciastko i nadal mieć ciastko. Policja sprawę umorzy pod pretekstem ugody, a Bitkowski pieniędzy i tak nie odda. Albo odda, ile będzie chciał i kiedy będzie chciał, czyli na święty Nigdy, który jest patronem wszystkich dłużników. Tak się chciał ustawić. Cwana gapa.
Tylko że ja też sroce spod ogona nie wypadłem. Urodziłem się w nocy, ale nie ostatniej nocy. Ja tak samo chciałem zjeść ciastko i wciąż je mieć. Pieniądze odzyskam, ale oskarżenia nie wycofam. Od kiedy to zwrot wyłudzonych pieniędzy ma być dostateczną karą? Jakąkolwiek karą? Zwrot ukradzionych pieniędzy jest psim obowiązkiem złodzieja, a nie dobrym uczynkiem z jego strony. Karą będzie dopiero zamknięcie kundla w klatce i odstawienie miski, czyli uznanie Bitkowskiego winnym oszustwa i skazanie go na grzywnę, a jeszcze lepiej na pozbawienie wolności, choćby i w zawieszeniu. Ale dopiero po tym jak zwróci pieniądze, bynajmniej nie zamiast ich zwrotu. Za cholerę nie odpuszczę.
– Ja mu dałem trzy tygodnie, żeby dobrowolnie oddał to, co wyłudził, bez komornika. Wysłałem mu wezwanie. Mam podpisaną przez niego zwrotkę.
– Nic mi o tym nie wspominał.
– Dziwi się pan?
Aspirant sztabowy Kąkol zaczynał mnie drażnić.
– Tłumaczył, że zaszła pomyłka. Oni podobno przygotowują książki według tytułów, a nie nazwisk autorów, dlatego ignorowali pana pisma i maile. Nie kojarzyli pana nazwiska z tytułem. Pana książka im się gdzieś zawieruszyła.
– Równie dobrze Bitkowski mógłby panu powiedzieć, że ślad gówna na jego gaciach to polewa czekoladowa.
Wkurzyłem się. Jeśli aspiranci, w dodatku sztabowi, którzy pracują w wydziale do walki z przestępczością gospodarczą stołecznej komendy policji rozumują w ten sposób, to co ma w głowie krawężnik na prowincji?
– To co. Nie chce pan ugody.
– Niech najpierw Bitkowski zwróci pieniądze.
– Potem umorzenie?
– Zobaczymy. Ale jeśli ten człowiek odda moje pieniądze, to się wytarzam w kocim gównie.
Aspirant sztabowy Kąkol zmęczonym głosem obiecał, że będą dalej prowadzić dochodzenie. Trochę mi się go żal zrobiło i już nie powiedziałem, że jak będzie brał za dobrą monetę to, co mówią ludzie, którzy wyłudzają pieniądze, to zawodowe bankructwo ma jak w banku.
Policjanci, prokuratorzy, sędziowie. Ciężko pracujący ludzie. Tak sobie powiedziałem, kiedy się uspokoiłem. Wykonują trudne, niewdzięczne zawody. Bez nich społeczeństwo zamieniłoby się w hordy troglodytów rozłupujących sobie łby maczugami w walce o kawałek mięsa i głębszą jaskinię. Moja sprawa była jedną z wielu drobnych spraw, z którymi musieli borykać się na co dzień. Z dużo gorszymi rzeczami mieli do czynienia. Partner oszukuje partnera i pozbawia go majątku. Oszukany popełnia samobójstwo. Żona i dzieci zmarłego nie dość, że lądują na bruku, to jeszcze mają długi do spłacenia.
Rzecz idzie o takich procesach, że samo honorarium adwokata jest dziesięć razy wyższe niż suma, jaką wyłudził ode mnie Bitkowski. Mowa o piramidach finansowych, w których setki, tysiące ludzi tracą oszczędności całego życia. W porównaniu z tragedią tych ludzi moja strata znaczyła tyle, co ciche pierdnięcie na silnym wietrze. Niemniej jednak byłem zdecydowany narobić Bitkowskiemu maksymalnie dużo smrodu.
Naszła mnie refleksja, że chyba niepotrzebnie zawracam wymiarowi sprawiedliwości głowę taką duperelą. Powinienem sam to jakoś załatwić. Nie uśmiechał mi się wyjazd do Warszawy, ale może trzeba będzie tak zrobić. Wziąć tydzień wolnego i wybrać się do stolicy. Pogoda była pod psem. Zimno, wietrznie. Wolałem zostawić sobie cały urlop na lato. Ale jak mus to mus. Dni robiły się coraz dłuższe.
Rzecz jasna Bitkowski, mimo ostrzeżenia przed egzekucją komorniczą, pieniędzy nie wpłacił. Przysłał za to maila, w którym napisał, że jeśli puszczę to, co się stało, w niepamięć i pójdę na ugodę, to on zgodzi się podpisać ze mną nową umowę wydawniczą i książka się ukaże w ciągu trzech miesięcy. Nawet nie będę musiał nic dopłacać, bo w ramach rekompensaty za niedopatrzenie wydawnictwo weźmie na siebie cały koszt zaprojektowania okładki i zredagowania tekstu.
Gdyby znalazł się ktoś, kto by pomyślał, że są granice bezczelności, to Maciej Bitkowski prędko by go wyprowadził z błędu. Wyprowadził z błędu i doprowadził do obłędu. Odpisałem bezwstydnikowi, że wolałbym złamać prawą rękę i jeszcze przyciąć sobie wacka rozporkiem.
Czego jak czego, ale nie można było Bitkowskiemu odmówić konsekwencji. Przecież nie po to się wyłudza pieniądze, żeby je oddawać. Gdyby trzeba było zwracać to, co się ukradło, nikt by nie kradł. Nie byłoby złodziei.
Nie do końca siedziałem z założonymi rękami, zdając się na działanie prawa. Jeszcze w styczniu założyłem konto mailowe na fikcyjne nazwisko i wysłałem z tego konta do wydawnictwa Nowy Świt kilkanaście starych opowiadań, których nie miałem zamiaru nigdzie publikować, jako propozycję wydawniczą. Po kilku dniach dostałem następującą wiadomość od Kamila Kisły: „Propozycja wydaje się interesująca, ale nasze wydawnictwo jest małym wydawnictwem i musi ostrożnie inwestować pieniądze. Dlatego proponujemy wydanie Pana książki ze współfinansowaniem autora”. Kamil Kisło poradził dogadanie się w tej sprawie z panem Maciejem Bitkowskim. Kim do cholery jest ten Kisło?
Udałem, że łykam haczyk i jak gdyby nigdy nic uzgodniłem z Maciejem Bitkowskim wydanie zbioru opowiadań ze współfinansowaniem autora. Wszystko odbyło się tak jak poprzednio, tylko suma potrzebna do wydania książki wzrosła. No, cóż. Inflacja. Bitkowski przysłał mi drogą mailową skan umowy, żebym ją wydrukował, podpisał i odesłał do wydawnictwa. Umowa miała identyczne brzmienie jak ta, którą podpisałem przed trzema laty. Z jedną różnicą. Numer konta bankowego był inny. I o to mi chodziło.
Z ciekawości wpisałem do wyszukiwarki nazwisko Kamila Kisły i dowiedziałem się, że to literat. Autor tomików wierszy i esejów. Na fotografii ujrzałem zamyślonego, siwowłosego człowieka w wełnianym swetrze i okularach. Miał budzący rozczulenie wygląd inteligenta starej daty. Potwierdzało się to, co zgodnym chórem podpowiadały kobieca intuicja i chłopski rozum: można całe życie czytać piękne i mądre książki, można nawet piękne i mądre książki pisać, a i tak dla paru groszy robić to samo, co pierwszy z brzegu tępy sukinsyn.
Po bezskutecznym upływie czterech tygodni od mojego wezwania wysłałem wniosek do komornika o egzekucję należnej mi sumy z kont bankowych Macieja Bitkowskiego, działającego pod firmą Wydawnictwo Nowy Świt. Oprócz numeru rachunku, na który wpłaciłem trzy lata temu pieniądze, podałem też komornikowi nowy numer, który udało mi się podstępem zdobyć. Domyślałem się, że Bitkowski na tym pierwszym koncie nic nie trzyma, bo wie, że go tam będą ścigać, ale spodziewałem się, że ma jakieś środki na tym drugim, o którym myśli, że go nie znam.
Aspirant sztabowy Damian Kąkol musiał wiedzieć o egzekucji komorniczej to, czego ja nie wiedziałem, kiedy powiedział: „Wiem pan, komornik…” takim tonem, jakim się mówi: „W idealnym świecie…” Dobrze, że oszczędził sobie westchnienia. Albowiem po paru tygodniach zadzwonił do mnie warszawski komornik Tadeusz Maliniak, któremu zleciłem egzekucję, i poinformował mnie, że rachunki Bitkowskiego zostały już wcześniej zajęte.
– Obydwa?
– Tak. Organ egzekucyjny otrzymał odpowiedź na zajęcie rachunków z obu banków, że nastąpił zbieg egzekucji z trzema innymi komornikami, którzy prowadzą pięć postępowań egzekucyjnych przeciwko dłużnikowi Maciejowi Bitkowskiemu.
– I co teraz?
– Może pan zlecić poszukiwanie majątku. Dłużnicy ukrywają majątek.
– I znajdzie pan? – zapytałem.
W odpowiedzi komornik Maliniak zaczął się plątać w zeznaniach, ale przeciąłem mu wątek, pytając, kto będzie musiał za to zapłacić.
– Oczywiście dłużnik. Pan tylko dokona zaliczki na opłatę egzekucyjną, a jak się uda znaleźć majątek, to panu zaliczkę zwrócę.
– Aha – powiedziałem.
W zasadzie nie miałem więcej pytań.
Po wyczekującej pauzie komornik Tadeusz Maliniak zasugerował rozszerzenie sposobów egzekucji na ruchomości.
– Żartuje pan?
Mimo iż komornik udawał, że mówi serio, uznałem, że zajęcie ruchomości, ich późniejsza sprzedaż komisowa lub licytacja, cały związany z tym żałosny bajzel, wszystko to zakrawało na kiepski żart. A ja nie byłem w najlepszym humorze. Zwłaszcza że to ja, jako wierzyciel, musiałbym wskazać komornikowi miejsce, w którym ruchomości dłużnika się znajdują. No, chyba żebym zlecił ich poszukiwanie. Na swój koszt. Paragraf 22. Czytałem, fajna rzecz.
Podziękowałem komornikowi, a on wezwał mnie do uiszczenia opłat za sporządzenie urzędowych pism i doręczenie korespondencji. Tadeusz Maliniak zawinszował sobie takiej zapłaty, jakby dostarczył te listy do banków osobiście, i to niesiony przez czterech ludzi w lektyce, a jego tusz do drukarki zawierał drobinki złota.
Kończyła się zima, na dworze królowała plucha. Czekałem na efekt działania organów ścigania i chodziłem do domu kultury.
Moje miasteczko nie było kwitnącym ośrodkiem życia umysłowego i kulturalnego. Nie żeby mi to przeszkadzało. Od miasta wymagam wodociągów, kanalizacji i czystych ulic. Mądry i kulturalny jestem sam. W każdym razie od czasu do czasu szedłem na koncert, który odbywał się przy pustawej widowni. No, chyba że koncert był za darmo, wtedy ludzi było więcej, przychodzili nawet na Mozarta i Schumanna. Zupełnie jak ten ruski chłop z opowiadania Zoszczenki, co przyjechał do wesołego miasteczka i gdy się dowiedział, że tylko karuzela jest bezpłatna, to jeździł na niej tak długo, aż się porzygał.
Ale wracając do czynności, które podjąłem w oczekiwaniu na wynik dochodzenia prowadzonego przez aspiranta sztabowego Kąkola. Oprócz fikcyjnego konta mailowego założyłem fejkowy profil na portalu społecznościowym. Korzystając z mojej drugiej, udawanej tożsamości zaznajomiłem się z pewnym młodym mężczyzną.
Wszystko na to wskazywało, że jest młody i że jest mężczyzną, ale nie mogłem mieć pewności. W końcu jak głosi stara sieciowa mądrość: w internecie nikt nie wie, że jesteś psem. Miał na imię Bogusław i pracował w Bibliotece Publicznej miasta stołecznego Warszawy. Mój nowy znajomy skończył filologię klasyczną. Znał cztery języki, lubił podróże, interesował się ziołolecznictwem. Dyskutowałem z nim – najpierw na forum, potem prywatnie – o zbieraniu ziół, przygotowywaniu naparów i nalewek. Wymienialiśmy wrażenia z długich wypraw do lasu.
Na swoim profilu Bogusław opisywał słynnych rzymskich smakoszy mięsa. Jeden z jego tekstów dotyczył kanibalizmu w ujęciu historycznym, od jaskiniowców począwszy, na Hannibalu Lecterze skończywszy. „Gdybyśmy pominęli chrześcijańską doktrynę, przywleczoną do Europy z Bliskiego Wschodu, jaka jest moralna różnica między zjedzeniem kurczaka a człowieka? Żadna” – napisał w prywatnej wiadomości do mnie. Bogusław uważał, że każdy, kto jada mięso, powinien mieć szansę i okazję samodzielnie upolować swój obiad. Zapytałem, czy ludożerca też. Odpowiedział, że tak.
Była druga połowa marca, kiedy przyszło z policji postanowienie o umorzeniu dochodzenia. Aspirant sztabowy Damian Kąkol zacytował artykuł 286 § 1. kodeksu karnego, którego początek brzmi: „Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd…”
W uzasadnieniu napisał, że Maciej Bitkowski oświadczył, że jego celem nie było osiągnięcie korzyści majątkowej przez wprowadzenie mnie w błąd. On nie wywiązał się z umowy przez niedopatrzenie.
Urzędową formułką pouczono mnie o przysługującym mi prawie do złożenia zażalenia na postanowienie o umorzeniu dochodzenia.
Poczułem się, jakby mnie drugi raz uderzono w twarz. Teraz już musiałem oddać. Albowiem nie miałem trzeciego policzka.
Nie byłem już taki młody, ale w swojej niewinności marzyłem o grzywnie dla kanciarza, może nawet o pozbawieniu oszusta wolności w zawieszeniu. W tej chwili ze złości wyobraziłem sobie, jak ten gnój dynda. Tak obecnie widziałem karę w zawieszeniu.
Zażalenia nie złożyłem. Pomyślałem, że dziwnym trafem słowa „umorzyć” i „umrzeć” są blisko spokrewnione. Raz kozie śmierć. Nie będę się ze szczurem bawić w kotka i myszkę.
Zamiast zażalenia napisałem podanie o tydzień urlopu. Spakowałem parę rzeczy do niewielkiej torby wojskowego typu z długimi paskami, taką do noszenia na plecach albo do przewieszenia przez ramię, i wieczornym pociągiem pojechałem do Poznania. Tam przesiadłem się na nocny pociąg do Warszawy. Zawiadomiłem Bogusława, że przyjeżdżam. Może się szykować.
Stolica. Nie ma drugiego takiego miasta w Polsce, gdzie tak łatwo jest być świnią i uchodzić za przyzwoitego człowieka. Rzecz nie do zrobienia w małym miasteczku. Tam, gdzie mieszkałem, wszyscy znali wszystkie świnie z widzenia i nazwiska. W Warszawie świń takich jak Bitkowski, nie mówiąc o jeszcze większych, żyły tysiące i nikt ich nie niepokoił.
Było koło szóstej, kiedy wysiadłem na dworcu Warszawa Centralna. Zaczęła się kalendarzowa wiosna, ale mróz w stolicy trzymał taki, że dupa zamarzała.
Za wcześnie, żeby jechać do wydawnictwa. O tej porze sam Bóg jeszcze spał. Nie żeby to robiło jakąś różnicę. Ludzie takie machlojki z przykazaniami uskuteczniali, jakby myśleli, że Bóg zapadł w śpiączkę i już się nigdy nie obudzi.
Poszedłem do jednego z dworcowych lokali gastronomicznych i zjadłem śniadanie, jajecznicę na maśle i chleb. Niby proste danie, składa się tylko z dwóch składników, ale i tak coś poszło nie tak. Albo jajka nieświeże, albo masło. Jedno z dwóch. Bo chyba nie chleb? Albo złośliwy student, który tam pracował, wsypał coś do herbaty. Nie zdziwiłbym się, gdyby robił klientom takie kawały. Nie ma nic zabawniejszego niż rozwolnienie w podróży. Student śmiał się pod nosem i wyobrażał sobie, jak jego ofiara musi biec do ubikacji w chwili, kiedy pociąg wjeżdża na peron. Wiele ważnych rzeczy w życiu się wydarzyło albo nie wydarzyło tylko dlatego, że kogoś akurat w najmniej odpowiednim momencie przypiliło.
W każdym razie pół godziny później, kiedy wertowałem kolorowe magazyny w kiosku w podziemiach dworca, poczułem ból brzucha i musiałem prędko iść do toalety. Dostałem takiej sraczki, że myślałem, że mi tyłek rozerwie. Łyknąłem dwie tabletki przeciw biegunce – zawsze noszę listek przy sobie – i poczekałem, aż mi przejdzie.
Czy to był jakiś znak? Bo tak się składało, że oprócz listka tabletek przeciw biegunce dla siebie, zaopatrzyłem się w silny lek na przeczyszczenie i skuteczny środek wymiotny. Oba medykamenty dostałem od znajomego weterynarza.
Posiedziałem godzinę na ławce, czytając czasopismo, podczas gdy moje jelita się uspokajały.
Kiedy nadeszła pora, wydostałem się z podziemi dworca i poszedłem na przystanek tramwajowy. Zrobiło się cieplej, świeciło słońce. Wydawnictwo Nowy Świt miało siedzibę w Śródmieściu, ale jakby na tyłach, w mało reprezentacyjnej jego części. Podjechałem parę przystanków. Przed wyjazdem sprawdziłem wszystko na mapach Google, korzystając ze zbliżeń widoku ulicznego.
Był to nieduży skwer z kamienicami, w których mieściły się firmy, sklepy i punkty małej gastronomii.
Wszedłem do starej, dość zapuszczonej i po łebkach odnowionej kamienicy, w której znajdowała się siedziba wydawnictwa, i zobaczyłem tablicę informacyjną, która wisiała na ścianie w holu na dole. Na parterze było przedsiębiorstwo informatyczne, na pierwszym piętrze dzieliły powierzchnię wydawnictwo Nowy Świt i firma geodezyjna o nazwie GeoMapa. Na drugim i trzecim piętrze były mieszkania.
Wszedłem po schodach na pierwsze piętro. Po lewej i prawej stronie podestu były głębokie, słabo oświetlone wnęki, każda z trojgiem drzwi. Firma geodezyjna GeoMapa była po prawej stronie, wydawnictwo Nowy Świt po lewej.
Skręciłem w lewo i zobaczyłem, że na jednych drzwiach wisiała tabliczka z napisem Prezes, a na drugich był napis Biuro, poniżej godziny urzędowania: 10 – 16. Na trzecich drzwiach widniał symbol ubikacji. Zajrzałem do środka. Było to bardzo małe pomieszczenie. Umywalka z lustrem i jedna kabina z sedesem. Zbadałem zawory wężyków doprowadzających wodę.
Było po dziewiątej, spodziewałem się, że ktoś już może być w biurze. Stanąłem pod drzwiami i wytężyłem słuch. Z wewnątrz dochodził odgłos klikania w klawisze i szum, jakby drukarki. Nie zapukałem, nie wszedłem do środka. Przez chwilę nasłuchiwałem pod drzwiami prezesa. Cisza. Delikatnie złapałem za klamkę. Zamknięte na klucz. Usłyszałem kroki kogoś schodzącego z góry i szybko się ewakuowałem.
Po rekonesansie udałem się do jadłodajni mieszczącej się naprzeciwko, po drugiej stronie skweru. Proste jedzenie, niskie ceny, przedpotopowy wystrój. Chyba dlatego że okolica była zapyziała, coś takiego się jeszcze w Śródmieściu uchowało. Czemu ta okolica pozostała zapyziała? Może przyczyną była bliskość Wisły. Sąsiedztwo żywiołu sprawia, że ludzie dają sobie bardziej na luz.
Usiadłem przy stoliku pod oknem, tak żeby mieć widok na wejście do tamtej kamienicy. Znałem Bitkowskiego tylko ze zdjęć i nagrania wideo. Nie byłem pewien, czy go rozpoznam na żywo. Nie wiedziałem, o której pojawia się w firmie. Czy obowiązują go jakieś godziny pracy.
Po tym, jak mnie przeczyściło z samego rana, poczułem głód. Zamówiłem naleśniki z serem polane sokiem malinowym. Podała mi je korpulentna blondynka zdrowo po trzydziestce. Biło od niej mocne ciepło, jakby przyczepiło się do niej gorąco z rozgrzanej patelni. Wielgachne cycochy bujały się pod białym fartuchem. Iskry leciały z niej jak z naelektryzowanej szczotki.
– Smacznego! – powiedziała.
– Dziękuję.
Jadłem naleśniki z serem polane gęstym, słodkim sokiem malinowym. Rozgrzana kelnerka i z tego, co się zorientowałem, jednocześnie kucharka, stała za kontuarem i zerkała w moją stronę. Posłałem jej uśmiech. Kobiety o tego typu urodzie były ulubionymi bohaterkami moich fantazji seksualnych, kiedy zaczynałem poznawać uroki masturbacji. Potem moje gusty się zmieniły, ale sentyment pozostał.
Ludzie wchodzili i wychodzili, ale nie zauważyłem w pobliżu kamienicy naprzeciwko nikogo podobnego do Bitkowskiego. Mogłem go przeoczyć.
Oprócz zarejestrowanego na moje nazwisko telefonu na abonament miałem też anonimowy telefon na kartę. Zadzwoniłem z niego na numer wydawnictwa. Odebrała kobieta. Chyba sekretarka. Przedstawiłem się zmyślonym nazwiskiem, tym samym, pod którym uzgodniłem wydanie zbioru opowiadań, o czym przypomniałem sekretarce.
– A tak. Pamiętam, że wysłaliśmy umowę do podpisu. Miał ją pan odesłać i przelać pieniądze.
– Umowa jeszcze nie doszła?
– Nie.
– Wysłałem przedwczoraj, powinna dojść.
– Wiem pan, z tą naszą pocztą...
– Czy mógłbym w tej sprawie rozmawiać z panem Maciejem Bitkowskim? Mam jedno pytanie.
– Szefa nie ma i nie wiadomo czy dzisiaj będzie.
– A jutro?
– Trudno powiedzieć. Mam coś przekazać?
– Raczej nie. Spróbuję później.
Trzeba będzie załatwić hotel. Tanich hoteli w Warszawie nie ma, chyba że na zadupiu. Poza tym nie wiem na jak długo. Nie uśmiechało mi się to wszystko ni cholery. Przed wyjazdem przemyślałem parę rzeczy, ale nie zaplanowałem wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach. Szedłem na żywioł. Nastawiłem się na to, że będę improwizować.
Podszedłem do kontuaru, gdzie stała obfita blondynka w białym fartuchu, i zapłaciłem. Nie miała obrączki na pulchnym palcu.
– Smaczne naleśniki – powiedziałem.
– Na zdrowie! – zaśmiała się, pokazując zęby. Ładne, zdrowe.
Przez żołądek do serca. Jeszcze raz ją pochwalę za umiejętności kulinarne i się ze mną umówi. A jak powiem, że jest ładna i inteligentna, to mi da dupy.
– Będę tu częściej wpadać, pani…?
– Madzia.
– …pani Madziu. Doskonałe jedzenie.
– Zapraszam.
– Czy po pracy nie wybrałaby się pani ze mną do teatru?
Madzia zrobiła wielkie oczy. Szczęka jej opadła jak drzwi do stodoły na zepsutych zawiasach.
– Do teatru?
– Postaram się kupić bilety.
– Ale ja nie… – Pewnie chciała powiedzieć, że nigdy nie była w teatrze. – Chyba nie mam w co się ubrać.
– Nie trzeba się stroić, pani Madziu. To jest środek tygodnia. Co innego przy niedzieli. Nawet w fartuchu pani ładnie wygląda.
Ze smakiem przełknęła komplement.
– Sama nie wiem.
– O której pani kończy pracę?
– O piątej.
– Kupię bilety do teatru i przyjdę tutaj przed piątą. Zgoda?
– Zgoda.
Sprytnie to rozegrałem. Gdybym zaproponował kino, Madzia by się nie zgodziła. Nie od razu. Z niejednym facetem miała w życiu do czynienia i pójście do kina albo na drinka wiadomo z czym się kojarzyło. Ale do teatru? Propozycja wybrania się do przybytku wysokiej kultury wprawiła ją w osłupienie. Wszystko inne zeszło na dalszy plan.
Jeszcze raz poszedłem do tamtej kamienicy i dostałem się na pierwsze piętro. Postałem pod drzwiami biura wydawnictwa Nowy Świt. Nie usłyszałem żadnych rozmów, tylko ciche odgłosy. Szelest, szum, klikanie. A więc pracowała tam tylko jedna kobieta. Gdyby były dwie, toby nie milczały. Nie przez całą minutę. Delikatnie spróbowałem otworzyć drzwi do pokoju prezesa. Zamknięte. Sekretarka nie kłamała. Bitkowskiego nie było w pracy. Jeżeli to, czym się zajmował, da się określić tym szlachetnym słowem.
Spacerowałem po Śródmieściu. Zrobiło się nawet przyjemnie. Już nie było zimno. Zajrzałem do trzech teatrów. W jednym kasa była zamknięta. W bramie cuchnęło moczem i pleśnią. W drugim, gdzie dawano spektakl rozrywkowy, dowiedziałem się, że klub emerytów wykupił hurtowo prawie całą widownię. Zostało kilka pojedynczych miejsc. W trzecim bilety jeszcze były. Cała kupa. Miejsca walało się w bród. Szedł jakiś monodram, ale podobno spokojny, bez wrzasków, jak zapewniała mnie bileterka w okularach na czubku nosa i z trwałą ondulacją na głowie.
Potem pojechałem w kierunku Parku Łazienkowskiego. Oznaki wiosny. Krokusy, wierzbowe bazie, świergocące ptaki. Usiadłem na ławce i wystawiłem twarz do słońca. Morzyło mnie. Zapadałem w krótkie drzemki i budziłem się, kiedy mi głowa leciała do przodu albo do tyłu. Miałem ochotę wyciągnąć się wygodnie i podłożyć torbę pod głowę, ale bałem się, że strażnicy się przypieprzą, uznając mnie za pijaka lub ćpuna.
Obserwowałem fontannę, która wyglądała na nieczynną, ale teraz ni stąd, ni zowąd zaczęła posikiwać. Chyba robili wiosenną próbę. Coś było nie tak, bo strumień wody był niepewny, słaby. To podnosił się, to opadał. Słońce grzało mocno, ale może jeszcze nie do końca tam wszystko po mroźnej nocy rozmarzło. W końcu fontanna całkiem oklapła, po chwili trysnęła ostatni raz – jak stary dziad w burdelu – i zdechła na dobre.
Siedziałem do wpół do trzeciej i zadzwoniłem do wydawnictwa.
– Jest pan Bitkowski?
– Jeszcze nie ma. I już dzisiaj nie będzie.
– A czy mogłaby pani poprosić go, żeby do mnie zatelefonował? Chciałbym wpłacić pieniądze, ale mam jedno pytanie.
– Nie wiem, czy szef jest dostępny. Jakie pytanie?
– To w zasadzie drobiazg, ale gdyby pan Bitkowski do mnie przedzwonił, mógłbym jeszcze dzisiaj albo jutro dokonać wpłaty.
– Rozumiem.
Alejką parkową szła w luźnym szyku młodzież męska w mundurach organizacji paramilitarnej. Jeden miał trąbkę i pogrywał fałszywie, strasząc ptaki i wiewiórki. Ktoś powinien zamoczyć tę trąbkę w oliwie i wsadzić mu w dupę. Mógłby wypierdzieć „Jeszcze Polska nie zginęła”.
Nie musiałem długo czekać. Jak w tym kawale: „– Kiedy pan doktor przyjmuje? – Pieniądze całą dobę”. Przyciągnięcie pewnych ludzi jest łatwe. Wystarczy zawołać cip-cip. I nie chodzi tylko o tych, co mają kurzy móżdżek. Na przykład Maciej Bitkowski był człowiekiem inteligentnym i wykształconym. Odezwał się po kwadransie. Obrzydliwie niemęski, wysoki głos szui. Po krótkim wstępie powiedziałem, o co chodzi.
– Wolałbym się posłużyć gotówką.
Bitkowski pomilczał przez chwilę. Byłem pewien, że weźmie. Ryby biorą.
– Oczywiście. Wydam pokwitowanie.
– Jutro mam do załatwienia parę spraw, ale pojutrze powinienem być wolny.
– Nie widzę problemu.
No jasne. Jakbyś widział, tobyś spieprzał, gdzie pieprz rośnie. Ale nie. Ryba, która bierze, nie widzi haczyka, tylko przynętę.
– Umówmy się wstępnie, że gdzieś tak koło południa. Pojutrze. Jest taki bar kawowy. Nazywa się Kawka. Niedaleko Biblioteki Publicznej na Koszykowej.
– Wiem, gdzie to jest.
– W razie czego zdzwonimy się jeszcze.
Rozłączyłem się i zapisałem numer. Już się chyba nie zdzwonimy. Pozbędziesz się tego numeru jak gorącego żelaza.
Lustrując rano podziemia Dworca Centralnego, zapamiętałem położenie kawiarenki internetowej. Pewnie były inne gdzieś bliżej, ale nie znałem miasta i nie chciałem się błąkać.
Pojechałem na Dworzec Centralny i usiadłem przy komputerze. Wszedłem do serwisu erotycznego dla gejów i przyjrzałem się anonsom w celu zapoznania się z panującą tam stylistyką. Następnie się zarejestrowałem i zamieściłem ogłoszenie następującej treści: „Maciej 50 lat, 170 cm, 100 kg, 10 cm, pasyw. Szukam mastera który wytrenuje mnie na swoją dziwkę. Potrzebuję kogoś kto będzie mnie karmił swoim kutasem, kogoś kto mnie totalnie zdominuje. Jestem dojrzały ale mało doświadczony. Grzecznie wykonam każdy rozkaz. Marzy mi się potok spermy głęboko w mojej ciasnej dupci. Preferencje: franzuz z połykiem, seks analny, lizanie rowa, pissing w obie strony, tresura, bdsm i wiele innych. Zadzwoń a nie pożałujesz”. Wpisałem numer komórki Bitkowskiego.
Było po czwartej, czas najwyższy udać się po Madzię. Na licach zrobił się tłok. Samochody stały, autobusy stały, tramwaje stały. Ja szedłem.
Madzia powitała mnie szerokim uśmiechem. Chyba nie spodziewała się, że jednak po nią przyjdę. Zostało jeszcze pół godziny do końca szychty. Usiadłem przy tym samym stoliku pod oknem i wziąłem jajka sadzone z ziemniakami i kwaśnym mlekiem.
Spoglądałem na kamienicę naprzeciwko. Wtedy go zobaczyłem. Gdybym widział Bitkowskiego od tyłu albo tylko przechodzącego bokiem, pewnie bym go nie rozpoznał. Nawet nie zwróciłbym uwagi. Ale on szedł w moją stronę, przechodził przez ulicę, widziałem jego twarz w coraz większym zbliżeniu. Wpadłem w panikę. Skąd wie? Niemożliwe. To musiał być przypadek.
Grafitowe spodnie o szerokim nogawkach i zwisającym nisko kroku. Miał kaczy chód. Szedł posuwiście, kolebiąc się na boki, na szeroko rozstawionych nogach. Jakby jaja obijały mu się o kolana. Między połami rozpiętej marynarki wystawał brzuch, który ciężko wypełniał fiołkową koszulę, niczym oliwa skórzany bukłak, i wylewał się nad paskiem.
Nie sprawiał wrażenia niechluja. Czysto ubrany. Poczułem zapach kosmetyków, kiedy przechodził obok.
Bitkowski usiadł przy stoliku pod ścianą i zamówił naleśniki. Nie patrzył na mnie, nie zwracał uwagi na otoczenie. Wyjął komórkę i wpatrywał się w nią ze zmarszczonym czołem. Miał minę bobasa, któremu smoczek wpadł do sedesu. Schował telefon do kieszeni marynarki i jadł. Szybko, łapczywie. Kiedy zjadł, wyszedł. Znowu widziałem go przez okno. Szerokie, przygarbione plecy, krótki i gruby kark. Zniknął w drzwiach kamienicy, w której mieściła się siedziba wydawnictwa Nowy Świt.
Prezes Bitkowski pracuje po godzinach. Mimowolnie parsknąłem śmiechem. Facet przy sąsiednim stoliku podniósł głowę znad talerza z łazankami, kiełbasą i kiszoną kapustą.
O piątej Madzia była gotowa. Zdjęła fartuch. Miała na sobie krótką bordową spódnicę ciasno opinającą okrągłe biodra. Między pulchnymi udami nie było żadnego prześwitu. Górną część ciała Madzi zdobiła granatowa bluzka z połyskliwego materiału zapinana z przodu. Pod naporem biustu guziki trzeszczały w szwach. Owinęła szyję cienką chustką i włożyła zielony wiosenny płaszczyk.
– Tamten facet często do was przychodzi? – zapytałem, kiedy wyszliśmy na ulicę.
– Który?
– Tęgawy. Trochę rudy. Jadł naleśniki.
– A, ten. Czasami. Czemu?
– Bo pomyślałem, że musi się u was codziennie stołować. Tak dobrze wygląda.
Madzia się zaśmiała.
– Smacznie gotujecie – dodałem.
Poszliśmy do teatru pieszo. Było blisko. Spektakl zaczynał się o szóstej.
Kupiliśmy w bufecie po ciastku i lampce wina. Ciastka były sztywne jak trup. Przypłynęły na arce Noego. Żółtawobiałe wino smakowało siarczynami. Stworzono je specjalnie po to, żeby przepalać bebechy amatorom dramatu.
Na widowni było tak pusto, że można by ostrzelać uciekającego szczura z karabinu maszynowego bez obawy, że trafi się jakiegoś teatromana. Parę minut po tym, jak zaczął się monodram, ogarnęła mnie senność. Zmęczenie po nocnej podróży i całym dniu aktywności dawało o sobie znać. Bileterka mówiła prawdę. Nie było wrzasków na scenie, co się nagminnie zdarza w przypadku teatru jednego aktora, który dwoi się i troi, mówiąc trzy razy głośniej i dwa razy szybciej niż potrzeba celem nadrobienia skąpości obsady. Dodatkowym plusem było to, że Madzia jeszcze za mało mnie znała, żeby mnie budzić szturchnięciem łokcia. Pewnych rzeczy nie robi się na pierwszej randce.
Po przedstawieniu pojechaliśmy do niej. Madzia mieszkała z matką w dwupokojowym mieszkaniu w bloku na Ursynowie. Jej matka miała początki alzheimera. Zapomina, ale nie jest jeszcze z nią całkiem źle. Za rok, dwa trzeba będzie ją oddać do zakładu. Madzia nie może zrezygnować z pracy, żeby matkę pilnować dzień i noc. Na razie na wszelki wypadek zakręca gaz i wodę, kiedy wychodzi. Zamyka ją na klucz. W zeszłym miesiącu matka zalała sąsiadkę z dołu. Rano przygotowuje picie i jedzenie i zostawia wodę w wiadrze do spłukania sedesu. Matce zdarza się nabrudzić. Robi bałagan, kiedy czegoś szuka. Sama nie wie czego.
Kiedy Madzia przedstawiała mnie swojej mamie, przypomniał mi się dowcip. Co jest dobrego w alzheimerze? To, że codziennie poznaje się nowych ludzi.
Madzia sprawdziła, czy matka wszystko zjadła. Zrobiła jej słabej herbaty i dopilnowała, żeby wzięła tabletkę na sen. Położyła matkę spać.
Potem przygotowała dla nas kanapki i wyjęła butelkę czerwonego wina z barku. Było półsłodkie. O nic nie pytałem, Madzia sama opowiadała. Miała w życiu kilka pijanych nocy, kiedy wszyscy faceci wyglądali dobrze.
– Tak jak ja? – zapytałem.
Zaśmiała się.
– Nawet lepiej.
Zaszła w ciążę i przerwała. Teraz żałuje. Sto razy lepiej opiekować się dzieckiem, które cię kocha, niż starą kobietą, która cię nie poznaje. Ale ona nie będzie matce zmieniać pieluch. Nikt nie może tego od niej wymagać. Jak przyjdzie czas, odda ją. Już niedługo.
Skończyło się wino i poszliśmy do łóżka. Madzia nie była młoda, ale była smaczna. Dojrzała na granicy przejrzałości. Jak banan, który jest najsłodszy, kiedy ma brązowe kropki. Szympansy wybierają tylko takie. Nie wiązałem z Madzią żadnych planów, ale twardy kutas nie wie, co to sumienie. Wyrzuty pojawiają się dopiero po wytrysku, a i to nie zawsze. Miała cyce jak poduszki, pośladki jak piernaty.  Mięsiste wargi, soczysta cipka, ujmując rzecz delikatnie. Najlepszy seks w moim życiu.
Madzia wstała wcześnie i oporządziła matkę. Pojechałem z nią do jadłodajni. Usiadłem przy oknie. Zjadłem jajecznicę i powoli piłem herbatę. Obserwowałem kamienicę i czekałem. Koło ósmej zaczął się ruch. Ludzie wchodzili i wychodzili. Więcej wchodziło. Kobiety, mężczyźni. Przed dziewiątą pojawił się Bitkowski. Nie wiedziałem, czy przyjechał samochodem. Wyglądał raczej na kogoś, kto korzysta z komunikacji miejskiej. Tutaj nie było miejsc parkingowych, ale mógł zaparkować gdzieś w pobliżu, na sąsiedniej ulicy, tam cała strona była zastawiona pojazdami. Czekałem. Wpół do dziesiątej Bitkowski wyszedł z kamienicy i skierował się w stronę jadłodajni, gdzie najwyraźniej zapragnął zjeść śniadanie.
Poszedłem na zaplecze. Nie chciałem, żeby mnie Bitkowski drugi raz zobaczył. Wczoraj nie zwrócił na mnie uwagi, ale nic nie wiadomo.
– Chcesz zobaczyć, jak pracuję? – zapytała Madzia.
Stała przy kuchence. Paliły się wszystkie fajerki. Niska i gruba kucharka lepiła pierogi na obsypanym mąką stole z boku. Uśmiechnęła się do mnie, widząc, że jestem dobrym znajomym Madzi. Była od niej dużo starsza. Znajdowała się w tym wieku, kiedy kobiecie brzuch dalej wystaje niż piersi. Zerknąłem przez okienko w drzwiach.
– Klient – powiedziałem.
Bitkowski usiadł tam, gdzie wczoraj, pod ścianą. Madzia poszła przyjąć zamówienie. Jajecznica na bekonie.
– Mogę skorzystać z waszej toalety? – zapytałem, pokazując służbową ubikację na zapleczu.
Wyjąłem z torby plastikową buteleczkę z proszkiem, który przygotowałem jeszcze przed wyjazdem do Warszawy. Szybko działający lek na przeczyszczenie dla dużych zwierząt. Dawka na sto kilogramów wagi. Działa po trzech kwadransach.
– Zabełtam. – Podszedłem do Madzi, która mieszała jajka na patelni.
– Rób tak, żeby się nie przypaliły – powiedziała i poszła po chleb.
Wsypałem proszek do jajecznicy i pomieszałem.
– Wystarczy.
Madzia nałożyła jajecznicę z podsmażonym wędzonym bekonem na talerz, wzięła koszyczek z chlebem i poszła do Bitkowskiego.
Usiadłem na taborecie w kącie i przyglądałem się krzątaninie obu kobiet. Poczekałem, aż Bitkowski skończy jeść i wyjdzie. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, że wraca do pracy. Miałem ochotę pobiec za nim i tak go kopnąć w dupę, żeby jego odbyt i fiut zamieniły się miejscami.
– Muszę coś załatwić – powiedziałem do Madzi. – Przyjdę przed piątą, tak jak wczoraj.
– Wybierzemy się do teatru?
Zaśmiałem się i pokręciłem głową.
Udałem się w ślad za Bitkowskim. W biurze wydawnictwa Nowy Świt było słychać podniesione głosy. Sekretarka odszczekiwała coś Bitkowskiemu. Ją pewnie też kutas roluje. Nie płaci na ZUS ani Narodowy Fundusz Zdrowia. Coś w tym stylu. Coś w jego stylu.
Wszedłem do ubikacji i wyjąłem kombinerki. Z całej siły zakręciłem zawory w wężykach doprowadzających wodę do sedesu i umywalki. Spróbowałem. Gwint był przekręcony na fest, zawory nie do ruszenia. Spuściłem wodę, która była w rezerwuarze, i zabrałem papier toaletowy.
Wszedłem schodami wyżej i zatrzymałem się na półpiętrze. Po paru minutach otworzyły się drzwi na dole. Odgłos kroków. Trzaśnięcie drzwiami. Bitkowskiego przypiliło.
Zszedłem na dół. Drzwi do gabinetu prezesa były uchylone. Tak go pognało, że nie miał czasu zamknąć za sobą. Wszedłem do środka.
Minimalistyczny wystrój, mówiąc delikatnie. Sprzętów tyle, co kot napłakał. Komornik nie miałby tu czego szukać. Na biurku stał laptop. Nędza, model sprzed paru lat, już mu się starły klawisze. Ale nawet tego nic niewartego rzęcha komornik nie mógłby Bitkowskiemu zgodnie z prawem zabrać, bo był to sprzęt, który służył dłużnikowi do zdobywania środków do życia. Ruszyłem myszką, obudził się uśpiony ekran. Kliknąłem ikonkę Mój komputer. Drżały mi się ręce. Serce waliło równie mocno, jak ja grzmociłem piernaty Madzi poprzedniej nocy.
Otwierałem foldery jeden po drugim. Nie było ich wiele. Pominąłem te o nazwach: Windows, Program files, Documents and settings oraz Temp. Podarowałem sobie foldery Zdjęcia, Filmy oraz Muzyka. Skupiłem się na dwóch: Nowy Świt i Kontakty. W folderze Nowy Świt był podkatalog Umowy. Zajrzałem. Skany umów z nazwiskami naciągniętych autorów. Otworzyłem jeden dokument, drugi, trzeci. Powtarzały się te dwa rachunki bankowe, które już znałem, oba w spółdzielczych bankach gdzieś w pipidówkach. Jest. Umowa szablon, bez nazwiska. Trzeci numer konta, tym razem w warszawskim oddziale dużego banku. Włożyłem pendrive i skopiowałem pliki. Wszedłem w folder Kontakty. Numery telefonów, adresy mailowe. Skopiowałem jak leci.
Usłyszałem głosy. Ktoś szedł. Jacyś ludzie rozmawiali. Spojrzałem przez szparę w drzwiach. Kobieta i mężczyzna. Poszli na górę, tam, gdzie były mieszkania. Wlałem z fiolki środek wymiotny do szklanki z jeszcze ciepłą herbatą, która stała na biurku. Niech zwraca. Niech to ścierwo wszystko zwraca, aż do żółci. Wyszedłem z gabinetu i napisałem na drzwiach niezmywalnym flamastrem olejowym słowa: mane tekel fares. Potem zajrzałem do ubikacji. Śmierdziało jak na sylwestrze w piekle. Zapukałem w drzwi kabiny.
– Bitkowski! – wychrypiałem nieswoim głosem. – Jak to jest srać własnymi flakami do sedesu, w którym nie można spuścić wody?
Odpowiedziało mi stęknięcie. Zbiegłem na dół po schodach, wyszedłem na ulicę i oddaliłem się szybkim krokiem.
Najwięcej radości sprawiła mi myśl, że Bitkowski nie będzie miał czym się podetrzeć, nie mówiąc już o umyciu rąk. Był to prztyczek w nos zgniliźnie moralnej, która pachnie dezodorantem. Nie tylko w internecie, ale również na ulicy, o ile nie załatwiasz się pod drzewem i nie cuchniesz z daleka, nikt nie wie, że jesteś psem.
Pojechałem autobusem na Dworzec Centralny. Usiadłem w kawiarence internetowej i włożyłem pendrive do portu. Świeżo zdobyty numer konta wysłałem mailem do komornika Tadeusza Maliniaka, żeby czym prędzej dostarczył do banku pismo o zajęciu rachunku. Najlepiej przez kuriera, zobowiązałem się pokryć koszt. Potem zalogowałem się do serwisu randkowego dla gejów i zamieściłem ogłoszenie.
„Chętnie zasponsoruję młodego do lat 28 choć to nie warunek lubiącego długie pocałunki, namiętne pieszczoty, obustronny rimming. Nie lubię analu, lubię pocałunki, pieszczoty, wspólne walenie konia i oral. Tylko nieobrzezani. Możesz być brzytki a jeśli uwielbiasz te rzeczy to pewnie jesteś odpowiednią osobą. Ja Kamil po 60 niezbyt przystojny ale namiętny, zdrowy i utrzciwy. Oferuję ci mile spędzony czas u mnie w domu drinki, papierosy, i 200 zł za wieczór. Przyślij ofertę na mejla albo zadzwoń”.
Do anonsu dołączyłem adres emailowy i telefon Kamila Kisły, pieprzonego pomagiera Bitkowskiego. Niech się przekona rycerz pióra i opowiadacz zmyślonych historii, że życie to nie je bajka, a kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.
Wysłałem wiadomość do Bogusława. Zapytałem, czy jest gotowy. Odpowiedział, że tak.
Dotąd nie spotkaliśmy się w realu, nawet nie rozmawialiśmy przez telefon. Nie wiedziałem, jaki ma głos. Ale znaliśmy się dobrze. Przynajmniej ja jego, bo w drugą stronę to nie działało. Informacje na moim fejkowym profilu były nieprawdziwe. Fotka, jaką tam wrzuciłem, przedstawiała kogoś niemożliwego do rozpoznania. Opowiedziałem Bogusławowi kupę bujd o sobie.
Być może jego tożsamość też była udawana, jednak sądziłem że raczej nie. Najwyraźniej miał kłopoty w relacjach międzyludzkich. Jego wołanie widać było między wierszami. Mimo że pisał ciasno, ze zbyt wąską interlinią, to i tak nawet w tym skąpym świetle międzywierszowym raz po raz pobłyskiwało słowo „samotny”, niekiedy z trzema wykrzyknikami, na zmianę z wyrazem „boski”. Czarne, kręcone włosy. Miał w wyrazie twarzy coś greckiego. Zdjęcie na profilu i podstawowe dane osobowe były prawdziwe. Wszedłem kiedyś na stronę Biblioteki Publicznej miasta stołecznego Warszawy i otworzyłem zakładkę o nazwie Pracownicy, żeby się przekonać.
Przesiedziałem przy komputerze dobre trzy godziny. Zjadłem dwa pączki, wypiłem dwie filiżanki kawy. Odebrałem wiadomość od komornika. Potwierdził, że wysłał pismo kurierem do banku. Jeżeli Bitkowski tam coś trzyma, to on, komornik, najpóźniej jutro położy na tym rękę.
Zachciało mi się sikać. Kawa działa moczopędnie. Znalazłem ustęp. Przez okienko dyżurki podałem babci klozetowej dwa złote i wszedłem do wyłożonej kafelkami obszernej sali. Po jednej stronie znajdowały się kabiny, po drugiej pod ścianą rząd pisuarów. Pusto. Słychać było tylko, jak ktoś się męczy w kabinie. Echo odbijało się od ścian. Stanąłem przy pisuarze. Natychmiast, nie wiadomo skąd, mimo że pozostałe stanowiska były wolne, obok mnie pojawił się jakiś facet, wyjął fujarę, ale zamiast szczać, usiłował zobaczyć, jakiego mam. Powiedziałem mu, żeby spierdalał.
Świeciło słońce, kiedy wyszedłem z podziemi Dworca Centralnego. Ociepliło się w porównaniu z wczorajszym dniem. Spacerowałem bez celu. Ktoś mnie zapytał, którędy do Arkadii. Domyśliłem się, że to jakieś centrum handlowe i bez wahania odpowiedziałem, że w przeciwną stronę.
Nie wiem jak, bezwiednie, chyba zadziałał instynkt mieszkańca małego miasta, gdzie potrzeba piętnastu minut piechotą, żeby znaleźć się w lesie albo na polu, znowu wylądowałem w Łazienkach. Usiadłem na ławce przy stawku i patrzyłem na kaczki. Gdybym jakimś cudem przeniósł się do Nowego Jorku, to też pewnie zaraz bym uciekł do Central Parku i żadna siła by mnie stamtąd nie wyciągnęła, jak zaszczutego wilka z lasu.
Dzwoniłem do wydawnictwa. Raz, drugi, trzeci. Nikt nie odpowiadał. Domyśliłem się, że sekretarka wcześniej skończyła i pojechała do domu. Nie dziwiłem się jej. Ciekawe, czy wchodziła do toalety. Czy Bitkowski ją ostrzegł. Musieli wzywać hydraulika. Też, swoją drogą, gówniana robota.
Przed czwartą pojechałem do jadłodajni Madzi. Zjadłem pyzy z mięsem okraszone tłuszczem i podsmażaną cebulą. Wypiłem kompot z suszonych śliwek.
Po piątej pojechaliśmy do supermarketu. Pomogłem Madzi zrobić zakupy. Sam z siebie włożyłem do koszyka porto. Słodkie, czerwone, wzmacniane wino z Portugalii w ciemniej, pękatej butelce. Madzia uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłem jej uśmiech i dołożyłem drugą butelkę.
Madzia nakarmiła matkę, umyła ją i położyła spać. Otworzyłem wino. Pierwszą butelkę piliśmy w milczeniu. Madzia oglądała odcinek serialu ze słowem „miłość” w tytule. Film był jeszcze bardziej płaski niż telewizor.
W mieszkaniu Madzi nie było książek. Smutno mi się zrobiło. Alkohol tak na mnie działa. Żal mi siebie i innych. Pomyślałem, że życie ludzi, którzy nie czytają książek, jest krótką półką z podpórkami na obu końcach. Czemu oglądasz te śmieci, zamiast czytać mądre rzeczy, pytałem ją w myślach. Czy nie wiesz, że ci, którzy czytają książki, rządzą tymi, którzy oglądają telewizję? Madzia była fajną kobietą. Uświadomiłem to sobie jeszcze pod koniec pierwszej butelki. Prawie się w niej zakochałem. Jednak za „prawie” dają punkty tylko w rzucie podkową.
Serial się skończył, otworzyłem drugą butelkę. Szybkie tempo, ale jak mówi katolicki poeta: spieszmy się kochać ludzi. I tak dalej. Wraz z drugą butelką porto otworzyła się Madzia. Znowu opowiadała o swoim życiu. Ale ja już się zamykałem. Więcej alkoholu tak ze mną robi. Pogrążam się w sobie i zwieram szyki, zaciskam wszystkie zwieracze. Tak jak wieloryb zamyka otwór oddechowy, kiedy się zanurza w morskich głębinach. Słowa Madzi docierały do mnie przez grubą warstwę wody.
Ocknąłem się. Czas był przystąpić do dzieła, zanim Madzia całkiem się rozklei.
– Dzisiaj ostatnia szansa – powiedziała przy całowaniu, w trakcie przerwy na oddech.
– Czemu?
– Bo jutro nawiedza mnie kardynał. Co miesiąc. Punktualnie jak w szwajcarskim zegarku.
Ledwo udało mi się utrzymać równowagę przy wyjmowaniu prawej nogi z nogawki spodni. Wolę wyjmować nogę z lewej nogawki, bo prawą nogę mam silniejszą.
– Ostatnia szansa wyrypać szympansa! – Madzia zaczęła się głośno śmiać, a potem nagle zamilkła i bezwładnie opadła na łóżko w pozycji „rób ze mną, co chcesz”.
Pomogłem jej zdjąć resztę rzeczy. Długo robiłem, jak to po alkoholu, kiedy wrażliwość zakończeń nerwowych tępieje, ale Madzi to bynajmniej nie przeszkadzało. Jęczała jak najęta. Dwa razy powiedziała „jeszcze”.
Kiedy rano jechaliśmy skacowani autobusem z Ursynowa do Śródmieścia, Madzia gapiła się w brudną szybę. Zrobiło się ponuro. Na poboczu leżały śmieci.
– Życie jest zardzewiałym kołpakiem w przydrożnym rowie – powiedziała. – Ale trwa i trwa. Co po nas zostanie? – zapytała, odwracając się do mnie.
– Odpadki.
Usiadłem przy tym samym stoliku pod oknem, przykrytym ceratą w czerwoną kratę. Nic nie jadłem, małymi łykami popijałem kefir. Przedtem wypiłem ze słoika sok po ogórkach. Tak się złożyło, że jeden konsument zamówił z rana placki ziemniaczane z kiszonymi ogórkami. Niech mu będzie na zdrowie.
Po dziewiątej poszedłem do wydawnictwa Nowy Świt. Pusto i głucho. W gabinecie prezesa i w biurze nikogo. Zapukałem, pociągnąłem za klamkę. I tu, i tam zamknięte. Zrobili sobie wolne po wczorajszym? Z drzwi prezesa zniknął złowieszczy napis. Starli go jakimś środkiem chemicznym, ale tak, że zostały ślady. Będą musieli malować. Toaleta też była zamknięta na klucz. Po drugiej stronie, tam gdzie mieściła się firma geodezyjna GeoMapa, rozległo się skrzypienie, potem stukot obcasów. Jakaś kobieta wyszła jednymi drzwiami i weszła drugimi.
Zszedłem na dół i zastanowiłem się przez parę chwil. Poprzedniego dnia zauważyłem kawiarenkę internetową w jednym miejscu. Nie tak daleko. Wybrałem się właśnie tam, zamiast jechać na Dworzec Centralny.
Najpierw wysłałem mejla do komornika, a później, używając drugiej tożsamości, skontaktowałem się z Bogusławem. Pogawędziliśmy przez komunikator. Niby o niczym, ale obaj dobrze wiedzieliśmy o czym. Jeszcze raz zapytałem, czy tego chce. Potwierdził, że tak. Umówiliśmy się.
Po godzinie dostałem odpowiedź od komornika. Figa z makiem. Wprawdzie trzecie konto jakimś cudem jeszcze nie było zajęte przez komornika, ale za to świeciło pustką. Bitkowski miał tam pieniądze jeszcze wczoraj, ale zdążył wszystko wypłacić, zanim bank mu zablokował rachunek.
„Kurwa mać!” – zakląłem pod nosem. Ja mu piszę „mane, tekel, fares”, a on reaguje wypłaceniem pieniędzy z banku. Człowieku! – mówiłem trochę do siebie, a trochę do niego. Tutaj nie chodzi o twoje zakichane pieniądze! Tutaj idzie o twoje zasrane życie.
Tadeusz Maliniak powiadomił mnie wytłuszczoną czcionką, której używał nawet w mailach, ile wyniósł koszt sporządzenia pisma i dostarczenie go do banku przez firmę kurierską. Wyszła łącznie kwota, za którą mógłbym się stołować w jadłodajni Madzi przez miesiąc. Odpisałem, że trudno i podziękowałem za starania.
Wyszedłem na ulicę. Zastanawiałem się nad funkcją takich osobników jak Bitkowski i nad systemem społecznym, który pozwala im funkcjonować. Zawsze jak chodzę, to myślę. Wystarczy, że zrobię parę kroków i już włącza mi się myślenie jak jakiemuś perypatetykowi. No i pomyślałem sobie, idąc ulicą wielkiego miasta, że tacy osobnicy jak Bitkowski odgrywają rolę świni nasmarowanej olejem na wiejskim festynie. Celem zawodów jest jej złapanie, ale zabawa polega na komiczności bezowocnych prób dokonania tego wyczynu.
Co nie stoi w sprzeczności z faktem, że świnia jest autentycznie przerażona. Bitkowski mógł nigdy nie zdejmować maski przyzwoitego człowieka, ani publicznie, ani prywatnie, mógł w tej masce chodzić spać i brać w niej prysznic, ona mu nawet mogła przyrosnąć do twarzy, ale w głębi duszy ten człowiek musiał z obrzydzeniem pluć na siebie. Jego psychika to był cuchnący chlew. W lustrze widział taką paskudną mordę, jaką widział Dorian Gray na swoim portrecie. On musiał się cały czas bać, musiał uciekać, musiał się wyślizgiwać, szczając i srając po nogach ze strachu. Przy czym – w odróżnieniu od świni – wiedział, że prędzej czy później skończy w rzeźni. Dla człowieka bycie świnią jest jednak mniej przyjemne niż dla zwierzęcia.
O jedenastej już siedziałem w barze Kawka przy ulicy Koszykowej. Kwadrans później przyszedł Bogusław. Tak jak obiecał, zerwał się z pracy. Powiedział szefowej, że musi iść do lekarza.
Znałem go ze zdjęć. Zmienił uczesanie. Obrzuciłem wzrokiem jego ubiór. Można by powiedzieć, że Bogusław wyglądał jak palant, gdyby nie to, że taka była teraz moda. On widział mnie po raz pierwszy. Żaden z nas się nie rozczarował.
– Cześć – powiedziałem, wyciągając rękę.
– Cześć. Gdzie mięso?
– Ma być koło południa.
– Na pewno?
Nie mogłem być całkowicie pewien. Ale pojawienie się Bitkowskiego było więcej niż prawdopodobne. Największą pokusą dla ludzi jego pokroju są pieniądze. Ludzie tego pokroju wszystkiemu potrafią się oprzeć oprócz pokusy. Oscar Wilde. Bogusław zwierzył mi się, że uwielbia tego autora. Ja też go lubiłem.
Piliśmy kawę, jedliśmy ciasto. Bogusław zamówił napoleonkę, ja wziąłem tiramisu.
– Jest jakiś Bóg? – zapytałem, ssąc biszkopt nasączony kawą espresso i likierem amaretto.
– Jest wielu Bogów – odpowiedział Bogusław i zlizał bitą śmietanę z dolnej wargi. – Każdy człowiek jest Bogiem.
Spojrzałem na niego, unosząc brwi.
– Dla samego siebie – dodał. – Czasami dla innych.
– A diabeł?
– Diabłów jest dokładnie tyle samo co Bogów. Każdy człowiek jest diabłem.
– Dla samego siebie? – zapytałem.
– Dla siebie i innych – odpowiedział. Był poważny jak ksiądz na pogrzebie polityka katolickiego, kiedy to mówił.
Niezawodny Maciej Bitkowski wszedł do kawiarni punktualnie o dwunastej. Rozglądał się. Dałem mu znak ręką. Przedstawiliśmy się sobie i przywitaliśmy się przez podanie ręki. Jego dłoń była chłodna i wilgotna. Zimny pot.
– To jest mój znajomy. Mieszka niedaleko. Zatrzymałem się u niego.
Bogusław nie ruszył się z krzesła. Wpatrywał się w Bitkowskiego, jakby zobaczył błyszczący klejnot na kupie gnoju. Zająłem miejsce i obserwowałem Bitkowskiego. Delektowałem się jego sytuacją. Uśmiechając się głupio, stał tam i nie zdawał sobie sprawy z tego, że jedną nogą stoi w grobie, a drugą na skórce od banana. W końcu klapnął ciężko na plastikowym krześle.
– Napije się pan kawy, zanim pójdziemy? – zapytałem. – A może ma pan inne życzenie. Na przykład wuzetkę?
Czułem się jak kat, który rozmawia ze skazańcem przed egzekucją.
– Nie, dziękuję. A w tej sprawie, o której mówiliśmy...
– Pieniądze są w mieszkaniu znajomego. To jednak niemała suma. Nie wiedziałem, czy pan przyjdzie. Dzwoniłem, ale...
– Mam nowy numer. Próbowałem pana powiadomić, ale pana komórka była poza zasięgiem.
– Musiałem wyłączyć. To co? Idziemy.
– Dokąd?
– Blisko – odezwał się Bogusław. – Mieszkam na placu Konstytucji.
Bitkowski wpatrywał się w Bogusława. Może się zastanawiał, czy to jeden z tych gejów z portalu randkowego, co do niego wydzwaniali i przysyłali wiadomości tekstowe. Wiedziałem, że nawet jeśli tak uważa, to głupi baran pójdzie. Jak owca na rzeź.
Kamienica wybudowana w latach pięćdziesiątych. Po kapitalistycznych remontach wciąż pachniała socrealizmem. Pierwsze piętro.
Weszliśmy do salonu. Duży, ładnie wyposażony. Jak to możliwe, że bibliotekarza stać na takie lokum? Bogusław przyniósł wodę mineralną. Bitkowski był spocony. Krople na czole. Wypił szklankę duszkiem i uśmiechnął się. Nie miał żadnej tremy. Siedział wyluzowany jak babunia na kanapie w salonie. Po paru minutach odpłynął.
Pomogłem zdjąć z niego ubranie. Pod marynarką miał różową koszulę. Plama potu na plecach przypominała kształtem pustynię Kalahari. Rozebraliśmy go do naga. Był paskudny, odarty z ludzkiej godności, odcywilizowany. Przyszło mi na myśl, że tylko grecki dyskobol i zgrabna dziewczyna dobrze prezentują się bez ubrania. Większość ludzi pozbawiona okrycia przedstawia ohydny, odczłowieczony widok. Nadzy ludzie wyglądają jak małpoludy albo świnie.
Włożyliśmy rzeczy do dużej torby podróżnej. Bitkowski był ciężki jak tucznik. Bogusław położył na podłodze płachtę mocnej folii. Wtoczyliśmy na nią tuszę i zaciągnęliśmy do drugiego pokoju.
Ten pokój był mały i prawie pusty. Ściany, sufit i podłoga wyłożone były grubą warstwą dźwiękoszczelnego korka. Plastikowe, dobrze uszczelnione okno było zamknięte. Z zewnątrz nie dochodził żaden hałas, jedynie lekki szum, mimo że przebiegała tamtędy ruchliwa ulica z linią tramwajową. Do podłogi, na całej powierzchni pokoju, przyklejona była ta sama gruba i mocna folia.
Na środku stała konstrukcja, coś w rodzaju niskiego podestu, zrobiona ze starych, poobijanych elementów metalowych łóżek, takich jakie dawniej bywały w szpitalach. Dwa drewniane krzesła.
Z trudem ułożyliśmy ciało na podeście. Nic nie mówiliśmy. Pracowaliśmy bez pośpiechu. Przygotowania do uczty same w sobie są podniecające. Im dłużej trwają, tym większa przyjemność. To miała być uczta duchowa. Przynajmniej dla mnie.
Przywiązaliśmy Bitkowskiego skórzanymi rzemieniami za nogi i ręce do metalowych palików, które były nogami łóżek. Trzeba było opasać dobrze korpus i dodatkowymi klamrami unieruchomić nogi i ręce. Bogusław włożył Bitkowskiemu w usta gumowy knebel. Wszystkie czynności wykonywał sprawnie, pewną ręką fachury.
Wiedział, co robi. Spędził letni urlop w górach, mieszkał wśród pasterzy. Od doświadczonego bacy nauczył się sztuki obdzierania owiec ze skóry. Czysto, schludnie, powoli. Ściągało się skórę jak z dojrzałej brzoskwini. Nie zostawiając blizn na mięsie i nie niszcząc skóry. Przywiózł ze sobą specjalny nóż. Był zakrzywiony, miał ostrze cienkie i ostre jak brzytwa.
Włożyliśmy kalosze. Bogusław miał na sobie niebieski rzeźnicki kombinezon. Nastawił kamerę.
– Nagrywasz? – zapytałem.
– Muszę mieć forsę. Taki film to majątek.
Założył maskę. Przypominał teraz Hannibala Lectera z filmu „Milczenie owiec”.
– Ty też włóż.
Podał mi maskę Guya Fawkesa, zwaną inaczej maską Anonymous.
Usiadłem na krześle z boku, poza zasięgiem kamery, i pasłem oczy widokiem.
Bogusław najpierw naciął skórę dokoła prawego ramienia Bitkowskiego. Ten drgnął, zatrząsł się, ale się nie obudził. Potem Bogusław zaczął zdzierać skórę z góry na dół, od barku aż po dłoń. Bitkowski się szarpnął i otworzył oczy. Zajęczał przez nos. Bogusław przerwał na chwilę, a potem kontynuował obdzieranie skóry z prawej ręki. Robił to sprawnie i łatwo. Wydawało się niemożliwe, że to mogło boleć. Ale w oczach Bitkowskiego wyło szaleństwo. Bogusław popatrzył na mnie i wyjął knebel z ust Bitkowskiego. To, co usłyszeliśmy, to był wizg, który nie przypominał ani głosu kobiety, ani mężczyzny. Brzmiał nieludzko. Tak musiał wyć Marsjasz obdzierany ze skóry przez Apolla. Czy Bitkowski umiał grać na gitarze?
Bogusław wepchnął gumowy knebel z powrotem. Podniósł w górę zdartą skórę i trzymał pod światło, odwrócony w stronę oka kamery. Wyglądała jak cienka, półprzezroczysta płachta, z której kapała krew.
Następnie zabrał się za lewe ramię i powtórzył te same czynności. Przystąpił do obdzierania nóg. Po zdarciu skóry z obu nóg obciął członek i jądra. A później uszy. Potem zdarł skórę z głowy i z twarzy, wyjmując przedtem knebel. Wizg nie trwał długo, Bitkowski zemdlał. Bogusław zdejmował skórę płat po płacie. Bitkowski mdlał, przytomniał, znowu mdlał. Wykrwawiał się stopniowo, słabł. Na koniec Bogusław rozpostarł starannie skórę zdartą z tułowia Bitkowskiego. Były na niej widoczne sutki. Trup nie przypominał człowieka. Był to krwawy kawał mięsa. W czerwonej twarzy bielały gałki oczne, nie było powiek ani brwi. Z obdartych ze skóry ust wystawały obnażone zęby. Z nosa zostały tylko dziurki.
Folię na podłodze pokryła gęstniejąca krew. Bogusław brodził w ciemnej jusze jak w błocie. Musiał uważać, żeby się nie poślizgnąć. Zapytał, czy chcę popatrzeć, jak będzie patroszyć. Odpowiedziałem, że nie. Kiwnął głową. Zapytałem, czy da radę sam posprzątać ten chlew. Czy nie będzie mu potrzebna pomoc. Pokręcił głową.
– Mam czas.
Wyszedłem na dwór. Znajdowałem się u wylotu placu Konstytucji, kiedy zobaczyłem patrol. Szli w moją stronę, przyglądali mi się. Byli coraz bliżej. Zlustrowałem spodnie i kurtkę. Czy nie ma jakichś plam? Przetarłem twarz ręką. Gapili się wprost na mnie. Szedłem, jak gdyby nigdy nic. Naraz rozległ się głos syreny. Radiowóz włączył sygnał, żeby przedostać się przez skrzyżowanie. Policjanci odwrócili się jak na komendę. Minąłem ich.
Jeszcze tego samego wieczoru wyjechałem z Warszawy. Nie pożegnałem się z Madzią. Zjadłem na dworcu befsztyk tatarski. Surowe siekane mięso wołowe z żółtkiem, cebulą, olejem i przyprawami.
Mniej więcej po miesiącu, w czasie długiego majowego weekendu, policja znalazła w mieszkaniu Bogusława C. dwie ludzkie głowy, mężczyzny i kobiety. Znajdowały się w zamrażarce. Reszty ciał nie było. Wszczęto poszukiwania. Co najbardziej zatrważające, głowy odarto ze skóry. Za Bogusławem C. wydano międzynarodowy list gończy, ponieważ uzyskane informacje wskazywały na to, że podejrzany może przebywać za granicą. Wkrótce odnaleziono go na Cyprze, ojczyźnie Pigmaliona. Był martwy. Popełnił samobójstwo, przecinając sobie tętnicę szyjną ostrym, zakrzywionym nożem.
Przyszła kanikuła i letni urlop. W dzień spacerowałem po zakątkach miasta, koło rynku i na obrzeżach. Wstępowałem do parku i do zapuszczonych ogrodów. Włóczyłem się po okolicy. Chodziłem polnymi i leśnymi drogami. Jeździłem po okolicznych wioskach rowerem. Nocami pisałem. Rano mój mocz pachniał kawą.
Ale kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia.
I z chwilą gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki, którą mi dawała ciotka (mimo że jeszcze nie wiedziałem i aż znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był jej pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki, którą zbudowano dla rodziców od tyłu (owa ścięta ściana, jedyna, którą wprzód widziałem), i wraz z domem miasto, rynek, na który wysyłano mnie przed śniadaniem, ulice, którymi chadzałem od rana do wieczora i w każdy czas, drogi którymi się chodziło, kiedy było ładnie. I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając się w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu…